poniedziałek, 2 maja 2016

Rozdział #44 "Arendelle"

[Elsa]

 Wyglądałam przez okno jadzącego autokaru. Mijaliśmy lasy, drogi, rzeki, jeziora...
 Wycieczka do Arendelle wyglądała trochę inaczej niż zwykle. Po całodniowym zwiedzaniu tego pięknego miasta, mieliśmy zostać na noc w innym hotelu fundowanym przez biuro podróży, a później zdecydować czy podróżować przez kolejny dzień na północ Norwegii czy zostać w mieście. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy dalej, ale ustalane jest to dopiero pod koniec dnia.
 Dochodziła jedenasta. Za około 20 minut mieliśmy być na miejscu. 
 Jack spał obok mnie ze słuchawkami w uszach. Wyglądał uroczo, że aż żal było mi go budzić. Niestety dla niego był to koniec relaksu. Wyjęłam mu słuchawki z uszu i delikatnie wyjęłam jego telefon. Dopiero po chwili zorientowałam się, że nie znam jego kodu. Gdy zablokowałam telefon na 30 minut, stwierdziłam, że po prostu wyjmę słuchawki i wszystko wrzucę do torby. Szturchnęłam go pary razy w ramię, ale ten tylko mruknął pod nosem i odwrócił ode mnie głowę. Niezadowolona prychnęłam pod nosem i potrząsnęłam nim trochę mocniej. Zdenerwowany odwrócił wzrok w moją stronę, ale widząc moją również niezadowoloną minę zbladł.
- Zaraz dojeżdżamy śpiochu - odparłam zakładając ręce na piersi.
- Już sobie pospać nie można - prychnął automatycznie wkładając rękę do kieszeni - Gdzie mój telefon?
- Ech... Schowałam go do torby - uśmiechnęłam się nerwowo przejeżdżając ręką po włosach. Popatrzył się na mnie dziwnie, ale tylko wzruszył ramionami. 
 Po chwili przewodnik zaczął opowiadać o Arendelle i tradycjach miasta. Bardzo chciałam posłuchać jak się widzi miasto, w którym się urodziłam i ile w tym prawdy. Mówił, że co roku odbywa się festyn zwiastujący nowy rok, legendach o trollach zamieszkujące tutejsze lasy, które mogły się ukazać tylko rodzinie królewskiej itd. Wszystko było prawdą. Może trochę wyolbrzymioną, ale prawdą. Najbardziej jednak zainteresowało mnie to, że co roku jest organizowany ogromny jarmark z modlitwą i oddaniem czci dla zmarłej rodziny królewskiej. Czyli dla mnie, Anny i rodziców. To mnie trochę zdziwiło. Ciekawe co by się stało jakby ludzie dowiedzieli się, że księżniczki Arendelle wciąż żyją... Nie! Nie mogą... Nie dopuszczę do tego. 
 Gdy dojechaliśmy na miejsce wysiedliśmy z autokaru i ustawiliśmy się w dużą grupę. Doszła o nas starsza kobieta razem z młodszą. Miały nas oprowadzać. Ruszyliśmy w stronę miasta. Cały czas miałam dziwne wrażenie, że starsza kobieta się na mnie patrzy. Zignorowałam to. 
 Widok Arendelle mnie zdziwił. Nic się tu prawie nie zmieniło. Centrum miasta dalej było podzielone na trzy części, a ludzie dalej ubierali się w ubrania ze arendlelskimi wzorami . Staruszka opowiadała skąd wzięła się tradycja noszenia takich wzorów kierując się w stronę trzeciej dzielnicy; najbiedniejszej. Tak jak zapamiętałam, domy były drewniane często ze słomianymi dachami. Ludzie też nie byli zbyt dobrze ubrani. Przyglądali się nam z zaciekawieniem i... obrzydzeniem? Irytował mnie fakt, że od czasu do czasu przyglądali się mi zdezorientowani. Nie wiedziałam o co im chodziło. Rozpoznali mnie? Nie... To nie możliwe. I tak rzadko widzieli mnie poza komnatą, więc nie powinni mnie pamiętać. 
 Moją uwagę przykuło stoisko z jabłkami. Duże, soczyste, czerwone jabłka. Gdy przewodnicy się zatrzymali odeszłam parę kroków do tyłu i niezauważona znalazłam się przy straganie.
- W czymś pomóc? - zapytała młoda kobieta z brązowymi włosami związanymi w koka, piegach na całej twarzy i szarych oczach. 
- Ile kosztuje jedno jabłko? - zapytałam przyglądając się każdemu z osobna.
- 1 NOK* - odpowiedziała z uśmiechem.
- Poproszę jedno - odwzajemniłam uśmiech płacąc za owoc. Dziewczyna podała mi jedno z większych. Gdy je ugryzłam zaniemówiłam. Takiej rozkoszy, słodkości i kwaśności nie czułam od dawna. Musiałam zrobić naprawdę wspaniałą minę, bo dziewczyna przy stoisku się zaśmiała.

- Widzę, że smakuje - zachichotała. 
- To jest BOSKIE - powiedziałam wniebowzięta - Jak to możliwe?!
- Tajemnica - mam wrażenie, że to już słyszałam - Moja pra, pra, pra... prababka wymyśliła na to sposób, ale tylko nasza rodzina o nim wie - wytłumaczyła przejęta co chwilę odgarniając kosmyki z czoła. 
- Kiedyś tu jeszcze przyjdę - mrugnęłam porozumiewawczo. Gdy już miałam odchodzić usłyszałam ponownie jej głos.
- Przypominasz mi kogoś - powiedziała z uśmiechem - Och! Ale piękny naszyjnik! Czy to kamień księżycowy? Sprzedając tu takie. Wzięło się to od rodziny królewskiej...
- Tak, prawda - powiedziałam nerwowo - Do widzenia!
 Gdy odeszłam szybko włożyłam kamień pod bluzkę i wróciłam do grupy. Nikt nie zauważył mojej nieobecności. Pani ruszyła do drugiej części miasta. Dopiero po chwili Jack zauważył, że jem jabłko.
- Skąd je masz? - zapytał zdziwiony. 
- Z hotelu - odpowiedziałam szybko gryząc kolejny kawałek. Nagle Jack wziął owoc z mojej dłoni i sam go ugryzł. Jego mina była podobna do mojej.
- Wow... Chwila... W naszym hotelu nie ma takich pysznych jabłek - stwierdził z bólem kiedy odbierałam moją własność. Popatrzył się w tył po czym się uśmiechnął. Nic już nie dodał. 
 W środkowej stolicy nic ciekawego nie było. Zwykłe budynki.
 Gdy doszliśmy o najbogatszej części z ust wszystkich osób wydobył się dźwięk zadumy. Budynki były wysokie, w starym stylu, ale dalej z klasą. Marmury, zdobienia i upragniona kamienna ścieżka dodawały uroku temu miejscu. Chociaż przyznam, że moją ulubioną i tak była trzecia dzielnica.  Doszliśmy do mostu, który prowadził do pałacu. Pani stanęła na jego samym środku i zaczęła opowiadać. Pierwszy raz aż tak bardzo się na tym skupiłam. 
- Jesteśmy teraz przed znanym pałacem rodzinny królewskiej - opowiadała - Został opuszczony po śmierci króla i królowej, w kwietniu 4 lata temu. Dla Norwegii królestwo było na tyle ważne i pamiętne, że postanowili je zachować w nienaruszonym stanie i wybudować nowy pałac dla następnej dynastii.  W zamku nic nie zostało ani zmienione ani naprawione od tamtego wypadku. No dobrze... To teraz będę opowiadać o rodzinie, ale dopiero gdy wejdziemy do pałacu - powiedziała dziwnie układając słowa. Miała chyba mały problem z angielskim. 
 Miała rację. Nic się nie zmieniło. Na placu dalej były wie pięknie rzeźbione fontanny i kostka brukowa. Brama prowadząca do środka była pomalowana we wzory arendelskie. 
 Weszliśmy do środka. Przed nami były ogromne schody, a po ich stronach korytarze do kolejnych pomieszczeń. Stanęła przy obrazie naszej rodziny osłoniętej czarną, półprzeźroczystą zasłoną.
- Król bardzo dużo zrobił dla państwa. Jeździł po całym kraju pomagając innym. Niestety, gdy jego starsza córka zachorowała przestał robić to tak często - mówiła z odrobiną smutku w głosie. Natomiast, gdy to usłyszałam ledwo powstrzymałam się przed zachłyśnięciem i zrobieniem jakiegoś dziwnego ruchu. Oni myślą, że byłam chora?! 
- Podobno było z nią na tyle źle, że odcięli ją od świata, aby tylko wyzdrowiała. Gdy się jej polepszyło razem z rodziną mieli popłynąć w podróż, ale wtedy zdarzył się ten okropny wypadek. Dlatego nie wiadomo na co chorowała...
- A podobno chodzi plotka, że była przeklęta - wtrąciła się nagle młoda dziewczyna - Że gdy poszła na spacer trolle ją zaklęły.
- Masz rację, ale to tylko plotka - stwierdziła kobieta z uśmiechem. Ugięły się pode mną nogi. Z jednej strony byłam przerażona, a z drugiej chciało mi się cholernie śmiać. Czego luzie nie wymyślą. Gdy pani przewodnik zobaczyła moją minę zwróciła się do mnie rozpromieniona. 
- Jak masz na imię kochanie? 
Nogi miałam jak z waty. Nie mogłam powiedzieć jak się nazywam. Niby jest setki osób na świecie z takim imieniem no, ale nie oszukujmy się byłam strasznie podobna do księżniczki. 
- Emily - wypaliłam po chwili. Jack popatrzył się na mnie zdezorientowany, ale chyba po chwili skumał o co mi chodzi. 
- Rozbawiła cię ta plotka? - zapytała z ciepłym uśmiechem na twarzy.
- W-wydaje mi się, że to niemożliwe - zająknęłam się - Trolle? Na spacerze?
- Wszystko jest możliwe - odparła z jakiegoś powodu zadowolona.
- Pani Sybillo - chrząknął mężczyzna. Znam skądś to imię. 
- Och tak! Idziemy dalej - ruszyła w następny korytarz. Pokazywała salon, kuchnię, salę balową itd. Gdy wróciliśmy do przed pokoju, aby wejść w drugi korytarz ta sama dziewczyna co wcześniej zwróciła się do przewodniczki.
- Wejdziemy na drugie piętro?
- Nie. Niestety władze Arendelle nie pozwalają nikomu tam wchodzić, nie wiadomo dlaczego - odparła ruszając do następnego pomieszczenia.
- Idę do toalety - szepnęłam Jackowi na ucho i pobiegłam w tylko mi znany korytarz. Strasznie kusiło mnie, żeby tam wejść. Wszędzie było mnóstwo straży, ale byłam pewna, że nikt nie znał tego miejsca tak dobrze jak ja, aby wyszukać najskrytszych zakamarków pałacu. Tak jak myślałam nikogo tu nie było. Wbiegłam po schodach na górę. Nie było tu kamer, nie mogli mnie zauważyć. 
 Szukałam ogromnych białych drzwi z granatowymi wzorami. Musiałam sobie przypomnieć rozmieszczenie pokoi. Mijałam gabinet ojca, łazienki, sypialnie i puste pomieszczenia. Znalazłam nawet pokój Ani, ale nie odważyłam się tam wejść. Nie miałam serca, ani sumienia by to zrobić. 
 W końcu znalazłam. Mój pokój. Chwilę przed nim stałam nic nie robiąc. Patrzyłam się na zdartą farbę i odstające kawałki drewna. W końcu chwyciłam za klamkę i weszłam do pokoju. Wyglądał... Źle. Prawdopodobnie przez rozpuszczony lód panele zaczęły odstawać, a meble powoli śmierdzieć. Za każdym krokiem podłoga wydawała dziwny dźwięk. Otworzyłam spróchniałą szafę, w której znajdowały się lalki. Wzięłam jedną z nich i uśmiechnęłam się sama do siebie. Od razu napłynęły do mnie miłe uczucia i cudowne wspomnienia, ale potem... Pustka. Śmieć. Smutek. Odłożyłam zabawkę i wróciłam do zwiedzania pokoju. Dziwiło mnie, że  nikt mnie nie usłyszał. Tak skrzypiącej podłogi jeszcze nigdy nie widziałam!
 Podeszłam do okna z widokiem na ogród. Pamiętam jak z tego okna oglądałam zorzę polarną. Często z Anią... NIE! Za dużo. Nie wytrzymałam. Uciekłam. Wróciłam na schody, do grupy. Za dużo wspomnień. Złych i dobrych. Nagromadzenie bólu i szczęścia. To nie jest dobre uczucie. Każdy skrawek tego miejsca przyprawiał mnie o dreszcze. Musiałam jak najszybciej stąd wyjść. 
 Na szczęścia grupa ustawiła się w takim miejscu, że mogłam niepostrzeżenie się tam ustawić.
- Jeszcze jakieś pytania? - zapytała starsza kobieta gotowa do wyjścia. 
- Mówiła pani tylko o jednej rodzinie królewskiej. Mogłaby pani opowiedzieć o jeszcze jakiejś? - zapytała ta sama dziewczyna co zawsze. Chyba bardzo się tym interesowała.
- Oczywiście, czekałam na to pytanie. A więc... Wydaję mi się, że najciekawszą osobą w dynastii Snow była Elsa...
- Ale pani już  o niej opowiadała - odparła niezadowolona dziewczyna.
- Spokojnie... Były dwie - zaśmiała się. Wszyscy zrobili zdziwione miny, a mnie sparaliżowało. Nawet ja o tym nie wiedziałam. Podeszłam bliżej, aby lepiej słyszeć. Dopiero teraz białowłosy zauważył, że wróciła.
- Były zabójczo podobne z wyglądu oprócz koloru włosów. Tak naprawdę Elsa była jedyną blondynką w tej dynastii. Ale nie ważne... Tamta żyła około 300 lat temu. Była piękną, młodą dziewczyną ze złotym sercem. Uwielbiała pomagać. Podobno zawsze około ósmej rano chodziła na targ, aby kupować jabłka dla biednych, a swoje lalki oddawała młodszym dzieciakom. Wszyscy ją kochali tak jak pewien chłopak. Wtedy pierwszy raz się zakochała. Wydawało się, że będzie z tego piękna historia, ale... Nie. Chłopak był o wiele biedniejszy od niej i choć na początku to nie przeszkadzało potem dawało się we znaki. Ojciec zakazał się jej z nim spotykać. Pewnej zimy chłopak ze swoją siostrą pojechali na łyżwy i ten utonął ratując siostrę. Księżniczka była przy całym wypadku, ale nie mogła go uratować. Przez długi czas nie mogła się pozbierać po ukochanym, ale ojciec kazał jej w końcu wyjść za mąż. Urodziła dwójkę dzieci, ale miłość do zmarłego nie przeminęła i popełniła samobójstwo, aby dołączyć do ukochanego. Podobno teraz żyją szczęśliwie w swoim świecie - skończyła opowiadać. Staliśmy jak wryci. Doskonale znałam tą historię oprócz zakończenia. Byłam w szoku. Nie umiałam wykrztusić z siebie żadnego słowa. Kątem oka spojrzałam na Jacka. Miał taką samą minę jak ja. Nie wiem co było gorsze. Świadomość tego co się dalej stało czy to, że wcale nie żyją w swoim świecie. Ponieważ Jack jest tutaj. Ze mną. 
- No dobrze! Wracamy - odparła wesoło i udała się do autobusu. Posłusznie poszliśmy do środka transportu. Milczeliśmy przez następne parę godzin. Nawet nie zauważyłam kiedy siedziałam już w białej koszuli nocnej na łóżku hotelowym. Jack w końcu nie wytrzymał i mnie przytulił.
- Chodźmy spać - odparł cicho wsuwając nos w moje włosy. Skinęłam głową. Chłopak położył się na boku ukazując mi swoje gołe plecy. 
 Gdy już miałam zasnąć zauważyłam coś na jego skórze. Tatuaż. Nigdy go nie widziałam, ale to może dlatego, że nie widziałam jego gołych pleców... Yhm.
 Ciężko określić co przedstawiał, ale od razu kojarzył mi się z zimą i zabawą. Dookoła niego były runy, których za nic nie umiałam odczytać. 
- Jack - zaczęłam cicho głaszcząc go w miejscu malowidła.
- Tak? - zapytał zaspany.
- O co chodzi z tym tatuażem?
Od razu się ożywił. Momentalnie się odwrócił tak, że byłam wtulona w jego tors.
- Śpij już - powiedział gasząc światło. Ewidentnie chciał coś przede mną ukryć.
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie...
- Kiedyś ci odpowiem, ale teraz już śpij - oparł całując mnie w czoło.
 Zrobiłam co powiedział. Zasnęłam. Ale nie na długo. 
 Nagle usłyszałam jakiś trzask. Podniosła zmęczona głowę. W oknie zaświeciło się coś złotego. Zdziwiona podniosłam się tak, aby nie obudzić chłopaka. Narzuciłam na siebie granatowy sweter i otworzyłam okno. Przy drzewie stała jedna z piękniejszych kobiet jakie w życiu widziałam. Była w długiej, złotej sukni mieniącej się jak słońce. Jej gęste również złote włosy były upięte w wysokiego koka z różnymi ozdobami dookoła. Skóra była delikatnie żółtawa. Patrzyła mi się prosto w oczy (które również były złote). Uśmiechnęła się ciepło i gestem ręki poprosiła, abym za nią poszła. Wyszłam cicho przez okno, które na szczęście było na pierwszym piętrze. Wiem, że nie powinnam, ale coś mi mówiło, że mam za nią iść. 
  Gdy znalazłam się przy jakimś drzewie zniknęła. Miałam już wracać, ale na ziemi zauważyłam złotą szkatułkę z kolorowymi zdobieniami. Na jej boku widniał rysunek jakiejś dziewczyny. Dotknęłam kolorowych rombów. Nagle obraz zaczął strasznie jaśnieć, aż w końcu nic nie widziałam...


***

[Jack]

 Gdy przewróciłem się na bok poczułem, a raczej nic nie poczułam. Otworzyłem zmęczone oczy, ale nie zobaczyłem mojej śnieżynki. Przestraszyłem się. Zacząłem rozglądać się po pokoju, ale dopiero po chwili zauważyłem, że okno jest otwarte na oścież. Cholernie się przestraszyłem.
 Wziąłem swoją laskę (nawet nie pytajcie skąd) i wyleciałem przez okno. Po jakimś czasie w końcu ją zobaczyłem, ale nie samą. Trzymała coś w ręce, ale nie mogłem zauważyć co. Była nieprzytomna, ale wyglądała bardziej jakby słodko spała. Jak mówiłem nie była sama. Gdy zobaczyłem tego sukinsyna miałem ochotę wydrapać mu oczy. Ten czarnowłosy dupek trzymał ją na rękach. Patrzył się w moją stronę pustym wzrokiem. Staliśmy tak chwilę. Wiatr zaczął mocniej wiać przez mój gniew. Nie wytrzymałem. Odbiłem się mocno od ziemi ruszając w jego stronę. Wyglądał jakby tylko na to czekał. Gdy już miałem go walnąć zniknął. Razem z nią. 
 Zatrzymałem się na najbliższym drzewie głośno klnąc. Zabrał ją... Do Mroka... 







Jestem! :D Nie pytajcie nawet o godzinę dodania xd
Nie jestem zbytnio zadowolona z tego rozdziału no, ale trudno. Każdy ma swoje gorsze dni :/
Mam dobrą wiadomość! Jak dobrze pójdzie to w tym miesiącu będzie więcej postów :D Cieszycie się???
W ogóle zauważyłam, że wszelkie fanfici zaczęły padać. Nawet na wattpadzie, którego ostatnio dużo okupuje. Nawet jeśli to przez szkołę to co było w zeszłym roku??? Było 100 razy więcej rozdziałów, a co druga blogerka nie zawieszała swojego opowiadania... Czy ktoś mi wytłumaczy dlaczego teraz tak jest ? :/
To chyba wszystko chciałam powiedzieć... Mam nadzieję, że rozdział się chociaż wam spodobał ^^ Zachecam do komentowania, bo to naprawdę motywuje, a w tym miesiącu tego potrzebuję ;)
Kocham i pozdrawiam Black Berry :***

czwartek, 21 kwietnia 2016

Rozdział #43 "Witaj Norwegio!"

[Elsa]

 Podjechaliśmy na lotnisko. W domu pożegnałam się jeszcze z Anią, która też się pakowała, więc nie mogła z nami pojechać. Nawet nie miałaby jak wrócić.
 Szukaliśmy Arendelle na wielkich, cyfrowych tablicach. Gdy w końcu znaleźliśmy ustawiliśmy się  w kolejce. Nie powiem, że nie była krótka... Bo nie była! Nie wiedziałam, że tak dużo osób chce odwiedzić takie miejsce. Bo w sumie nic tam nie było. Chociaż... Może wydaje mi się tak, bo tam mieszkałam. Zawsze tak jest, że jak się mieszka w swoim kraju wydaje się, że nie ma tam nic ciekawego. [A przynajmniej tak mają Polacy XD dop. aut.]
 Wreszcie doszliśmy do kobiety, która obsługiwała naszą kolejkę. Zważyła walizki i wpisała coś na komputerze. Jack zaczął z nią coś załatwiać, a ja rozglądałam się dookoła. Parę set osób czekających na swój samolot. Od małych rodzinek i rozbrykanych dzieci do obcokrajowców wracających do domu. Takich jak ja.
 Poczułam jak ktoś szturcha mnie w ramię. Odwróciłam wzrok na Jacka. Martwił się. A przynajmniej miał taki wyraz twarzy. Uśmiechnęłam się ciepło, aby go uspokoić. Walizki odjechały, a oni udali się do następnego pomieszczenia. Standardowe rutyna. Na każdym kroku sprawdzali ludzi czy nie przemycają broni. Pomyślałam, że teoretycznie przechodząc przez przejście urządzenie powinno zadzwonić. W końcu byłam chodzącą bronią. 
 Doszliśmy w końcu do ostatniego pomieszczenia, gdzie czekaliśmy już tylko na samolot. Rozglądałam się nerwowo, a Jack to zauważył.
- Denerwujesz się? - zapytał zdziwiony.
- Nie... - pokręciłam głową.
- Na pewno? - próbował, ale na darmo.
- Tak, jest dobrze - powiedziałam z uśmiechem. Ale nie było. Nie lubiłam tak długo latać samolotem. Gdy leciałam do Ameryki byłam po dużą presją, więc nie zwracałam na to uwagi, ale pamiętam mój strach, gdy samolot miał lekkie turbulencje. Boję się po prostu, że spadniemy.
 Nagle z głośników wydobył się głos kobiety ogłaszający, że nasz samolot jest gotowy do lotu. Ustawiliśmy się ponownie w kolejkę. Po chwili oddaliśmy bilety i ruszyliśmy w stronę małego autobusiku, który miał nas zawieść pod samolot. Jak zwykle wiało pod maszyną jak nieszczęście. Jednej kobiecie prawie odleciał kapelusz. Znaleźliśmy nasze miejsca. Usiadłam przy oknie, a obok mnie Jack. Obok Jacka natomiast jakaś starsza kobieta, którą skądś znałam, ale nie zwróciłam na to uwagi. Stewardesy  powiedziały, żeby na czas startu i lądowania zapiąć pasy, więc je grzecznie zapięłam. Przed odlotem mówili jeszcze podstawowe informacje co robić w czasie zagrożenie. Wreszcie z głośników usłyszałam "Życzymy miłego lotu". Zaczęło się. Samolot skręcił na pas startowy i zaczął przyśpieszać. Złapałam się mocniej fotela i zamknęłam oczy. Poczułam jak zimna dłoń białowłosego chwyta mnie za moją. Jednak nie otworzyłam oczu. Samolot przyśpieszał jeszcze bardziej przez co moje ciało zostało brutalnie przyciśnięte do fotela. Nagle zaczęliśmy się unosić. Momentalnie żołądek podskoczył mi do gardła. Samolot zaczął przechylać się do tyłu jakby miał zaraz zrobić beczkę. Ale po chwili wyprostował, a z głośników wydobył się głos kapitana informujący o możliwości odpięcia pasów. Dopiero teraz otworzyłam oczy. Zauważyłam, że ręka Jacka zrobiła się całkowicie biała od mojego silnego trzymania. Puściłam ją mówiąc cicho przepraszam. Ale on uśmiechnął się do mnie czule i pocałował mnie w skroń.
- Czeka nas jeszcze dziewięć godzin lotu... Co chcesz robić? - zapytał przeciągając się.
- Nie wiem - wzruszyłam ramionami i spojrzałam w stronę okna. Moje oczy nagle się powiększyły jakby chciały ze mnie wyskoczyć. Oparłam czoło o szybę i spojrzałam na chmury. Przy nich latały małe stworki. Ich ciała były puchate jak owieczki, skrzydełka były dwoma białymi piórkami, a główki miały łyse. Oczy duże, białe albo szare i mała rączki. Latały pomiędzy chmurkami bawiąc się w najlepsze. Niektóre nawet podlatywały do samolotu. Przypominały mi stworki, które spotkałam nad Niagarą.
- Coś się stało? - zapytał przysuwając się do okna.
- Jak one się nazywają? Czy to takie same jak nad wodospadem?
- Powiedzmy, ale nie takie same. To są chyba Nubairy. Opiekują się chmurami czy jakoś tak - odparł opierając się o moje ramię.  Patrzyłam na nie jak zaczarowana. Jedno z nich mnie zauważyło. Podleciało do mojego okienka i stanęło na lekko wystającym obiekcie. Uśmiechnęło się miło i oparło łapki o szybę. Zachichotałam i również przyłożyłam dłoń do szyby. Stworek patrzył się na mnie jakby była jakimś bóstwem. Popatrzył się na kamień, a potem na moją twarz. Zachichotało, pomachało i już go nie było. Uśmiechnęłam się pod nosem i oparłam się o fotel. Zamknęłam oczy, ale po chwili dziwny dźwięk przerwał mi półsen. Spojrzałam na Jacka, który montował laptopa na mini stoliczkach.
- Serio? Nawet godziny nie potrafisz wysiedzieć bez kompa? - popatrzyłam na niego poważnym wzrokiem, ale ten się zaśmiał.
- Myślałem, że możemy pooglądać jakiś film - włączył folder z filmami. 
- Ostatnio zrobiliśmy sobie maraton filmowy - westchnęłam, ale w końcu zgodziłam się, gdy zrobił te swoje słodkie oczka. 
 Nawet nie wiecie jak czas może dłużyć się w miejscu, z którego nie możecie się praktycznie ruszyć. Ciągle albo spała albo czytałam książkę, czasami robiłam zdjęcia, a czasami oglądałam filmy. 
 W końcu usłyszałam dźwięk zbawienia kiedy kapitan powiedział, żeby zapiąć pasy do lądowania. Musiałam jeszcze obudzić Jacka, bo by zaspał lądowanie. Gdy byliśmy już przy ziemi zastanawiałam się czy na pewno koła się wysunęły, ale jak poczułam wstrząs, a potem spokój poczułam się bezpieczna. Pozwolili nam wysiąść z samolotu i pójść po bagaże. Chwilę czekaliśmy aż nadjadą nasze walizki, ale w końcu się doczekaliśmy. Podeszliśmy do naszej grupy. Akurat przewodnik mówił, żeby zmienić godzinę w telefonie. Nie mogę zrozumieć tego, że oni nie mogą zrozumieć, że w tych czasach jest to automatyczne. 
 Gdy przewodnik skończył tłumaczyć podstawowe informacje mogliśmy wyjść z budynku. Wychodząc na chwilę zamknęłam oczy. Nagle uderzył mnie charakterystyczny zapach tego miejsca. Las, góry, rzeki i morze, wszystko mieszało się w jedno. Otworzyłam oczy i zobaczyłam dom. A raczej Norwegię. Było zimniej niż w Nowym Yorku, ale to może dlatego że było po północy.
 Zaprowadzili nas do autobusu, ale ja nadal oglądałam wszystko to co było dookoła mnie. Zastanawiałam się czy krzyczeć i płakać, czy śmiać i uśmiechać. Zachowałam kamienną twarz jaką mnie tu nauczono. 
 Nawet nie zauważyłam, gdy byliśmy pod hotelem. Nie był mały, fakt. Był duży, biały, w niektórych miejscach były ogromne szyby. Z tyłu chyba był basen, ale nie zdążyłam zauważyć, bo od razu zaprowadzili nas do recepcji. Odebraliśmy klucze (a raczej kart) i pojechaliśmy windą na 3 piętro. Chwilę szukaliśmy pokoju z numerem 316. Gdy weszliśmy do pokoju trochę mnie zatkało. Przyznam, że wyglądało lepiej niż na zdjęciach. Ale i tak najbardziej w oczy rzucało mi się dużo, białe, puchate łóżko. Jedno łóżko. 
 Jack położył nasze walizki i usiadł na skraju mebla.
- Na pewno wszystko w porządku? Milczysz chyba od godziny rozglądając się dookoła - powiedział patrząc się na mnie zatroskanymi oczami.
- Tak... Po prostu... Dziwnie się czuje. Nie byłam tu chyba cztery lata, a dla mnie... Nic się nie zmieniło - podeszłam do okna patrząc na intensywnie zielony las za oknem - Wróciłam do domu, a przecież specjalnie stąd uciekałam, nie? To takie dziwne uczucie...
 Usłyszałam jak wstaje z łóżka i do mnie podchodzi. Oparł ręce o parapet tak, że nie miałam "drogi ucieczki".
- Przecież mówiłem, że jeśli nie chcesz jechać to nie musisz - przypomniał spokojnym tonem. Zaśmiałam się. To chyba zbiło go z tropu. 
- Nie powiedziałam, że nie chce. Po prostu dziwnie wrócić do domu po latach - stwierdziłam i odwróciłam się w jego stronę. Zachichotałam i cmoknęłam go w czoło.
- Trzeba się rozpakować - odparłam i przeszłam pod jego ramieniem. Usłyszałam jego słodki śmiech. 
 Po jakiś 15 minutach wszystko było na swoim miejscu. Nie brałam też tak dużo rzeczy, bo przyjechaliśmy tylko na 10 dni. Wzięłam ręcznik i udałam się do łazienki mówiąc, że się idę wykąpać. Miałam tylko nadzieję, że ten bałwan nie wejdzie mi w trakcie. 
 Po kąpieli zrobiłam sobie turban na głowie, żeby mokre włosy nie przeszkadzały mi w tych damskich pierdółkach. Gdy umyłam już zęby zdjęłam ręcznik z głowy uwalniając moje jasne włosy. Przeczesałam je parę razy dłońmi, aby je trochę rozczesać i podsuszyć za pomocą mocy. Było to jednak zdrowsze od suszarki, szybsze i mniej bolesne. Po tej czynności zorientowałam się, że nie wzięłam ze sobą piżamy. Jestem geniuszem.
- Jack! - wrzasnęłam po chwili.
- Zapomniałaś pidżamy? - usłyszałam jego pytanie albo raczej stwierdzenie. Zamurowało mnie.
- Skąd wiesz? - zapytałam zdezorientowana.
- Jak szłaś do łazienki to zauważyłem, że nie niosłaś żadnej ze sobą...
- To czemu mi nie powiedziałeś?!
- Nie byłoby tak zabawnie - usłyszałam jego śmiech. Jak on mnie wkurzał. Wyszłam z łazienki trzymając się kurczowo tkaniny osłaniającej moje ciało.
- Spróbuj ze mnie zrzucić ten ręcznik, a cię zabije - powiedziałam ostro, gdy zauważyłam jak się na mnie patrzy. Uśmiechnął się łobuzersko obserwując każdy mój ruch. Podeszłam do szafy szukając nerwowo pidżamy. Ciągle czując jego wzrok na sobie zaczęłam się czerwienić.
- Zboczeniec - mruknęłam patrząc się na niego pretensjonalnie, gdy znalazłam już ubranie.
- Nic nie poradzę. Jestem tylko facetem - stwierdził nie spuszczając ze mnie wzroku. Przez niego czułam się niekomfortowo.
- Mało miałeś takich widoków w życiu? - burknęłam mrużąc oczy. 
- Nie takich - uśmiechnął się szelmowsko. Wywróciłam oczami udając się z powrotem do łazienki. Ubrałam się w białą bluzkę z niebieskim napisem "Loser" i szare spodenki.  Wróciłam do pokoju z rękami założonymi na piersi mrużąc oczy. Wyglądał na naprawdę rozbawionego. Zapaliłam lampkę nocną i zgasiłam światło w pokoju. 
- Śpisz po drugiej stronie łóżka - powiedziałam poważnie. 
- Ale dlaczego? - zapytał rozwalając się na całym jak jakiś kot.
- Bo jesteś upierdliwy - odparłam ciągnąc za kołdrę tak, aby białowłosy spadł z łóżka. Weszłam pod materiał szczelnie się nim owijając. Poczułam jak chłopak również wskakuje pod kołdrę.
- Jeżeli się do mnie zbliżysz to obiecuję, że wydrapię ci te twoje piękne oczy - zagroziłam gasząc światło w pokoju. Usłyszałam jego śmiech. Chwilę leżeliśmy spokojnie. Powoli zamykały mi się oczy oddając się w objęcia morfeusza. Nagle usłyszałam jak Jack się obraca. Poczułam jego rękę na brzuchu i jak przysuwa mnie bliżej siebie. Poczułam jego zapach, mięta. Zawsze tak pachniał, ale w tym momencie ten zapach mnie sparaliżował. Gdy poczułam jego oddech na szyi przeszły mnie dreszcze. 
- Dobranoc śnieżynko - powiedział wtulając się jeszcze bardziej.
- Dobranoc bałwanie - burknęłam zakłopotana. Było... Wygodnie i bezpiecznie, a przynajmniej tak się czułam. Powoli zamykałam oczy aż zasnęłam.

***

 Budzik. Dzwoni i dzwoni i dzwoni. Leży obok mnie, ale i tak nie chce mi się go wyłączyć. Irytująca melodia gra i nie chce przestać, ale mi jest tak wygodnie, że nie chce mi się wstać. Usłyszałam mruknięcie Jacka. był tak samo nastawiony jak ja. Otworzyłam zaspana oczy. Leżałam na torsie Jacka. I szczerze bardzo wygodny. Podparłam się na rękach, aby lepiej przyswoić mój rozum i ciało. Irytująca melodia nadal leciała. Przeklęłam pod nosem przez co Jack otworzył swoje zaspane i jednocześnie zdziwione oczy. Usiadłam na skraju i sięgnęłam po telefon. Pokazywał 8:15.  Piętnaście minut temu zaczęło się śniadanie. Powoli powlekłam się do łazienki. Spojrzałam w lustro. Wyglądałam jak potwór. Lekkie cienie po oczami, blada skóra, a każdy mój włos na głowie był w inną stronę. Mruknęłam coś niezrozumiałego pod nosem i zaczęłam myć zęby. Po chwili przyszedł do mnie Jack. Oparł głowę o moje ramię, a ręce włożył pod moją bluzkę. Byłam zbytnio zaspana, aby zareagować.
- Dzień dobry księżniczko - oparł spoglądając w lustro. Wyglądaliśmy bardzo podobnie. Dwa białe trupy. Wyplułam pianę nagromadzoną w moich ustach i umyłam szczoteczkę.
- Dzień dobry - odparłam zrzucając go z siebie i płucząc jeszcze usta - Pora się ogarnąć - powiedziałam zostawiając go samego w łazience. 
 Podeszłam do szafy przeglądając ubrania. Dzisiaj miała być tylko wycieczka po mieście, więc nie wybierałam niczego wyjątkowego. Wzięłam jasne, jeansowe, krótkie spodenki, biały podkoszulek, fioletowy sweterek z wydzierganymi śnieżynkami i białe podkolanówki. Kiedy Jack wyczołgał się z łazienki szybko do  niej weszłam i się w niej zamknęłam. Nie pozwolę, żeby znowu próbował zobaczyć mnie bez ubrań. 
 Po ubraniu się wyczesałam dokładnie włosy i związałam je w wysokiego kucyka. Pod oczy nałożyłam korektor, aby zasłonił moje cienie po oczami, a na usta nałożyłam delikatny błyszczyk. 
 Wyszłam z łazienki widząc już ubranego Jacka. Miał na sobie jeansy, białą bluzę i granatową koszulę w kratę z podwiniętymi rękawami. Włożyłam telefon do kieszeni, założyłam białe sandały i pogoniłam chłopaka na śniadanie. Gdy doszliśmy do jadalni od razu nalaliśmy sobie kawy i zajęliśmy dwuosobowy stolik. Jadalnia była... Duża. Trudno było znaleźć zajęty stolik mimo iż było dużo osób. Żyrandole były z kamieni przypominających diamenty, każda marmurowa kolumna miała na sobie rzeźbienia, a kafelkowa podłoga ze złudzenia mogła wydawać się lodowata, ale była przyjemnie ciepła. Cały pokój był w chłodnych odcieniach, głównie fioletu i niebieskiego. 
 Poszłam do stołów z wyłożonym jedzeniem. Byłam pewna, że na tym wyjeździe przytyję. Takich słodkości to nawet Angelica nie robiła! W końcu nałożyłam sobie dwa naleśniki z owocami i wróciłam do stolika. Zauważyłam, że białowłosy również nie próżnował. Nałożył sobie to samo tylko, że z czekoladą i karmelem. Spojrzałam na niego z miną "Serio?". 
- No co? - powiedział mając pełne usta - Głodny jestem.
Zaśmiałam się jak nieświadomy chlusnął sobie czekoladą po policzku. Wzięłam chusteczkę i wytarłam mu policzek, ale pozostała na nim lekka smuga, więc pocałowałam go w to miejsce. Odsunęłam się rozbawiona widząc zakłopotanego chłopaka. Jednak po chwili uśmiechnął się szelmowsko.
- Mogę powtórzyć to z tobą? - zapytał biorąc kawałek naleśnika z czekoladą. Zachichotałam.
- Nie musisz mnie brudzić czekoladą, żeby pocałować mnie w policzek - puściłam mu oczko.
- Wiem, ale twoim sposobem wyglądało to sto razy bardziej uroczo - zaśmiał się zjadając na nabity widelec kawałek naleśnika. Skończyliśmy w spokoju śniadanie i wróciliśmy na chwilę do pokoju. Włożyłam o torebki najpotrzebniejsze rzeczy i udaliśmy się na miasto. 
 Nie potrzebowaliśmy przewodnika. Byliśmy w Oslo. W stolicy Norwegii, znałam ją na pamięć. Mimo wszystko jako dziecko i księżniczka mojej ojczyzny musiałam znać większość jej powierzchni. Często tu przejeżdżaliśmy choćby do opery czy do muzeum. 
 Spacerowaliśmy po pięknych uliczkach od sklepu do sklepu, od parku do parku itd. Skusiłam się nawet na uroczy wianek z jelenimi rogami, w którym chodziłam później cały dzień. Jack robił zdjęcia widokom, mnie i nam. Wszystkiemu co wyglądało czasami bardzo słodko. 
 Nagle znaleźliśmy się pod muzeum architektury. Wybłagałam Jacka, żebyśmy tam weszli, ponieważ dawno tam nie byłam. Gdy zrobiłam słodkie oczka w końcu uległ, a ja szczęśliwa poszłam kupić bilety. 
 Oglądałam wszystko z przejęciem. Od zawsze interesowałam się architekturą i sztuką, więc mnie sprawiało to samą przyjemność. W przeciwieństwie do Jacka. Chłopak plątał się wte i wewte znudzony. Czasami bawiło mnie to jak próbował skupić się na czymś, ale po chwili ciężko wzdychał nie rozumiejąc czym to różni się od tamtego.
 Dla niego upragniony moment, dla mnie trochę smutny, ale w końcu wyszliśmy z muzeum. Błąkaliśmy się po mieście. Czasami miałam wrażenie, że ludzie się na mnie dziwnie patrzą, ale stwierdziłam, że to wszystko przez rogi. 
 Nagle zatrzymałam się gwałtownie. Jack spojrzał na mnie zdziwiony, a potem na budynek, któremu namiętnie się przyglądałam. Pałac. Ogromny zamek. Nie robił zbyt dużego wrażenia, ale nie dało się go pomylić z innym. Nowy pałac królewski. W końcu ktoś musiał zastąpić byłego króla, ale nie spodziewałam się, że wybudują mu nowy zamek. Podeszłam trochę bliżej nie zwracając na to co się dzieje dookoła. Zastanawiałam się dlaczego to zrobili. 
 Nagle poczułam rękę na ramieniu.
- Elsa... - usłyszałam lekko ochrypły głos Jacka. Wyglądał na zatroskanego.
- Nic mi nie jest - odpowiedziałam uśmiechając się szeroko, chwytając go za rękę.
- Nie jesteśmy w Arendelle... Musieli wybudować nowy - przytaknęłam opierając się głową o jego ramię - Zastanawiasz się dla czego - było to bardziej stwierdzenie niż pytanie. Wyciągnęłam telefon patrząc na godzinę. Dochodziła siedemnasta. 
- Wracajmy już - oparłam chowając telefon z powrotem do kieszeni. 
 Po drodze do hotelu kupiliśmy sobie gofry, bo nieuniknione było spóźnienie się na kolację. Do pokoju wróciliśmy po dwudziestej. Później nie robiliśmy nic bardziej ciekawego.
 Następne dni spędziliśmy na zwiedzaniu Norwegii. Różne wycieczki. Do opery, wycieczka po fiordzie itd. Kończył się czwarty dzień naszego wyjazdu. 
 Gdy byłam już gotowa do snu zauważyłam jak Jack siedzi przed laptopem z poirytowaną miną. Zdziwił mnie ten widok. 
- Co cię tak zdenerwowało? - zapytałam pochodząc do niego powoli. Gdy zauważyłam jak, że jestem dosyć blisko niego zamknął komputer uśmiechając się nerwowo. Podniosłam pytająco brew.
- A nic - odparł spięty. To zachowywanie naprawdę wydawało mi się podejrzane. Położył się po swojej stronie łóżka plecami do mnie. Usiadłam przy nim chwytając go za ramię  delikatnie obracając. Lekko zaskoczony obrócił się na plecy, aby zobaczyć moją twarz.
- Nie oglądałeś chyba pornosów, nie? - zapytałam podnosząc brew. Po chwili białowłosy wybuchnął niepohamowanym śmiechem.
- A skądże! Poza tym mam... - nie dokończył, ponieważ ugryzł się w językach. Coś czułam, że chciał powiedzieć coś naprawdę głupiego.
- Nie kończ - zaśmiałam się kładąc się na jego klatce piersiowej - Dobranoc - powiedziałam zgaszając światło i wtulając się w umięśnione ciało Jacka. Cicho zachichotał.
- Dobranoc śnieżynko...

***

 Obudziłam się czując jak jestem w coś wtulona. Ścisnęłam to coś mocniej, ale okazało się to poduszką, a nie Jackiem. Podniosłam delikatnie głowę, ale od razu ktoś zasłonił mi widok.
- Nie ruszaj się - powiedział ciepło.
- Jack... Co ty kombinujesz? - zapytałam zaniepokojona, gdy zawiązywał mi chustkę na oczach.
- Zobaczysz - oparł obracając mnie o 180 stopni. Poczułam jak zaczyna czesać mi włosy cicho śmiejąc się przy tym. Naprawdę zaczynałam się martwić, ale nie przerywałam mu, bo muszę przyznać, że było to całkiem przyjemne. W końcu odłożył szczotkę i zaczął coś klikać chyba na komputerze. Po chwili usłyszałam cichy szmer.
- Co ty... - chciałam powtórzyć pytanie, ale ten patafian mi przerwał.
- Otwórz oczy na mój znak - powiedział odwiązując mi chustkę. Westchnęłam ciężko, ale posłusznie zrobiłam to o co mnie prosił. Gdy dał mi znak w końcu mogłam cokolwiek zobaczyć.
- NIESPODZIANKA! - nagle usłyszałam wrzask z komputera przed sobą - Wszystkiego najlepszego!
Moje oczy powiększyły się do wielkości spodków, gdy zobaczyłam moich przyjaciół na skypie. Słysząc te słowa spojrzałam zdezorientowana na datę. 16 lipiec... No tak. Moje urodziny. Ale jak oni... Przecież nic im nigdy... Ania. popatrzyłam na rudą osóbkę, która trzymała w kamerce babeczkę z świeczką w środku. Klepnęłam się niekontrolowanie w czoło, usłyszałam dźwięk zdziwienia ze strony osób trzecich. Po chwili zaczęłam się śmiać, a w moich kącikach oczu pojawiły się łzy. Nie obchodziłam urodzin. Za bardzo kojarzyły mi się z rodzicami, którzy nigdy mi ich nie zorganizowali. Za bardzo kojarzyły mi się z ich śmiercią. W pewnym momencie nawet nie wiedziałam, kiedy je mam, ale Ania... Jak ja ją kocham. Moja jedyna siostra, jedna osoba, a tyle miłości i szczęścia może dać. Odsłoniłam rękę na tyle, aby ujrzeć twarze przyjaciół. Byli zdziwieni moją reakcją. Znowu się zaśmiałam.
- Zapomniałam - odparłam, a po moim policzku zleciała łza - Dziękuje...
 Wszyscy odetchnęli z ulgą. Jack uśmiechnął się ciepło i usiadł obok mnie przytulając mnie do siebie.
- EJ! Precz z łapami! - usłyszałam głos mojej siostry na co wszyscy się zaśmiali. Białowłosy chcąc zrobić na złość mojej siostrze posadził mnie na swoich kolanach wtulając się jeszcze mocniej i pokazując Ani język. Wszyscy się zaczęli śmieć z przekomarzanek dwójki.
- Wy jesteście naprawdę dla siebie stworzeni! - odezwała się po chwili Merida - Oboje nic o swoich urodzinach nie powiedzą. Gdyby nie Ania to by nas tu nie było. Dlaczego nic nie mówiłaś?
- Nigdy ich nie obchodziłam - wzruszyłam ramionami, ale dalej uśmiechając się ciepło.
- Przynajmniej pamiętasz ile masz lat - mruknął Tim na co się zaśmiałam.
- Przynajmniej... - powtórzyłam spuszczając wzrok. Nagle usłyszałam śmiech Punzie.
- Widzę, że macie jedno łóżko... - powiedziała poruszając znacząco brwiami - Już boję się co tam się działo...
- Akurat nic, ale w twoim przypadku nie byłabym tego taka pewna - odgryzłam się widząc, że również siedzi w łóżku ze swoim chłopakiem.
- A cichaj ty! - zaśmiała się poprawiając swoje złote włosy. 
- A co tam w ogóle u was oprócz spraw łóżkowych? - zapytał Mike przez co dostał kuksańca od swojej bliźniaczki. Jack pokazał mu środkowy palec przez co wybuchnęłam śmiechem. 
 Jeszcze chwilę tak gadaliśmy, ale po chwili musieliśmy kończyć. Gdy Jack zamknął komputer obrócił się w moją stronę i mocno przytulił.
- Mam nadzieję, że podobała ci się niespodzianka - szepnął mi do ucha delikatnie je podgryzając.
- Oczywiście, że tak - zachichotałam opierając głowę o jego klatkę piersiową.
- A ty mnie podejrzewałaś o oglądanie pornosów! - oburzył się na co wybuchnęliśmy śmiechem - Lepiej się pośpiesz, bo za jakieś pół godziny mamy jechać na wycieczkę.
- Gdzie dzisiaj?
- Do Arendelle...









PRZEPRASZAAAAAAAAAM! Wiem nie było mnie dwa tygodnie, ale mam nadzieję, że taki długi rozdział was zadowoli >,<
Od razu przepraszam, że jeżeli w niektórych wyrazach brakowało "D", ale nie wiem czemu czasami mi nie działa :/
Nie wiem co w sumie jeszcze napisać, więc zachęcam do komentowania i mam nadzieję, że się podobało ^^ I że nie było za słodko xd
Kocham i pozdrawiam Black Berry :***


piątek, 1 kwietnia 2016

Rozdział #42 "Wracam do domu"


 Nadeszły wakacje. Słońce świeciło całymi dniami, zachodziło późno wieczorem, a wstawało wcześnie rano. Młodzież balowała do samego rana albo wcale nie wychodziła z domu. Elsa raczej należała do tej drugiej grupy. Myślała, że w wakacje będzie się cieszyć wolnością, a tak naprawdę czuła się jak ptak w klatce. Nie wiedziała czemu tak się działo. Na dodatek stresowała się myślą, że ma wrócić do dawnego domu. Wiedziała, że nie będą to zwykłe wakacje. 
 Pewnego dnia Jack zauważył, że blondynka ani razu nie wyszła z domu. Zaczął się powoli martwić, bo od zakończenia roku, ani razu się do niego nie odezwała. Poza tym musiał z nią ustalić plany ich wycieczki. Bez zastanowienia pewnego popołudnia pojechał do niej. Zapukał do drzwi, ale nikt mu nie otworzył. Stał przed nimi parę minut. Po jakimś czasie stwierdził, że nie ma to kompletnie żadnego sensu, więc poszedł inną drogą. Wleciał na balkon dziewczyny i spojrzał przez szklane drzwi. Niebieskooka siedziała na łóżku przeglądając jakąś książkę. Zapukał delikatnie w szybę, aby za bardzo nie wystraszyć dziewczyny. Spojrzała w jego stronę zdziwionym wzrokiem. Wstała z łóżka i podeszła szybko do drzwi.
- Co ty tu robisz? - zapytała wpuszczając go do środka.
- Martwię się o ciebie. Na zakończeniu roku byłaś taka szczęśliwa, a teraz przez jakiś tydzień nie wychodzisz z domu i w ogóle się nie odzywasz - usiadł na jej łóżku i zaczął się jej przyglądać. Westchnęła ciężko siadając obok niego. Oparła głowę o swoje dłonie.
- Ja... Nie wiem. Nie wiem co się ze mną dzieje. Tak jakoś... - wzięła do ręki kamień, który wisiał na jej szyi i zaczęła mu się przyglądać - Tak jakoś wyszło.
Jack popatrzył się na nią zdziwiony. Rzadko widział ją w takim stanie. Chciał rozluźnić atmosferę, ale nie miał na nic pomysłu. Chciał, żeby się uśmiechnęła tak jak to zawsze robiła. Chciał zobaczyć w jej oczach tańczące iskierki radości. 
- Przyszedłeś po coś konkretnego czy tak po prostu? -  powiedziała po chwili.
- A już nie mogę przyjść do mojej dziewczyny? - odpowiedział pytaniem z wielkim uśmiechem. Posłała mu zabójcze spojrzenie. 
- No weź! Okres masz czy coś?! - podniósł ręce w geście obronnym. 
- Nie mam okresu! - wrzasnęła podnosząc się z łóżka. Mimowolnie kąciki jej ust podniosły się co zauważył białowłosy. Złapał dziewczynę w talli i mocno przyciągnął o siebie. Chłopak położył się na łóżku z blondynką na sobie. Zaskoczona zaczęła chichotać, gdy niebieskooki zaczął pocierać ich nosy o siebie. Ucałował czubek jej nosa i wtulił się do niej jeszcze bardziej. Leżeli tak parę minut, nic nie mówiąc, ani się nie ruszając. 
- Odpowiesz w końcu na moje pytanie? - szepnęła wtulona w jego tors.
- Zepsułaś tą piękną chwilę - stwierdził nie ruszając się z miejsca. Zaśmiała się cicho.
- Nie możemy przecież tu leżeć w nieskończoność - odparła opierając podbródek o jego klatkę piersiową tak, aby widziała jego twarz.
- Dlaczego nie? Nie chciałabyś gdzieś wyjechać, gdzieś daleko od ludzi i niebezpieczeństwa i spędzić tam reszty życia? W spokoju? - mówił patrząc się namiętnie w sufit.
- To i tak nie miałoby sensu. W końcu bym się zestarzała, a ty byłbyś wiecznie młody. Mówiliśmy już o tym dużo razy... - nie dokończyła. W jednej chwili podniósł jej podbródek i ją pocałował. Krążył kółka po jej policzku, a drugą złapał ją w tali. Zarzuciła ręce za jego szyję i odwzajemniła pocałunek. W tym momencie zapomniała o wszystkich sprawach, które ją nurtowały. Chciała, aby ta chwila trwała jak najdłużej. 
 Po chwili Jack się odsunął. 
- Coś się stało? - podniosła brwi ze zdziwienia. 
- Nie nic - uśmiechnął się łobuzersko. Pocałował jej obojczyk, a nosem wędrował po zagłębieniu szyi.
- Po prostu nie chce oszaleć...
Zaśmiała się na jego odpowiedź. Ucałowała go w czoło i pogładziła po włosach. Nagle poczuła jak podrywa ją do góry i przenosi ją w inne miejsce. Usiadł na krześle przy biurku, a ją samą posadził na kolanach.
- Co robisz? - zapytała, gdy włączał komputer.
- Przecież mamy razem jechać na wakacje, nie? Musimy ustalić szczegółowy plan wycieczki - odparł kładąc głowę na jej ramieniu, aby mieć większe pole widzenia. Wyszukał w internecie stronę z zamówionym hotelem. 
- Jack... - powiedziała po chwili, gdy pokazywał jej hotel.
- Tak?
- Ilu osobowy pokój zamówiłeś?
- No dwu... Przecież jedziemy we dwójkę - zdziwił się pytaniem dziewczyny. 
- A ile łóżek będzie? 
Zatkało go, ale po chwili wybuchł nie pohamowanym śmiechem. Spojrzała na niego unosząc jedną brew.
- Na prawdę? - zapytał ocierając łezkę z oka - Chcesz spać na dwa łóżka?
- Nie rozumiem co w tym śmiesznego - mruknęła odwracając wzrok. Pocałował ją w policzek.
- Nic, ale nie rozumiem, dlaczego nie możemy spać w jednym łóżku. Przecież cię nie pogryzę.
- Nie byłabym tego taka pewna - spojrzała na niego wymownie.
- Dobrze... Obiecuję, że cię nie pogryzę, ale ty nie będziesz marudzić - powiedział zrezygnowany.
- Ale ty będziesz spał na drugim końcu łóżka - odparła zakładając ręce na piersi. 
- Jesteś okropna - mruknął, ale dalej się uśmiechając.
Gdy skończyli przeglądać oferty i ustalać plan wyjazdu zeszli na dół do kuchni.
- Głodny jestem - odparł Jack siadając na krześle - co ty na to żeby zamówić pizzę?
- Czy ty zawsze tak niezdrowo jesz? - zapytała siadając na blacie.
- Nic nie poradzę, że mam ochotę na placka z sosem pomidorowym i serem - wzruszył ramionami. Blondynka rozejrzała się po kuchni. Uśmiechnęła się pod nosem, a potem sięgnęła do szafki i wyciągnęła okrągłą blachę.
- Co ty... Sama chcesz ją zrobić? - zdziwił się patrząc na każdy ruch dziewczyny.
- Będzie zabawniej - puściła mu oczko wyciągając ostatni potrzebny składnik.
- Skąd wiesz jak robić pizzę? - zapytał zainteresowany, gdy dziewczyna szukała czegoś w szufladzie. Po chwili wyciągnęła notes.
- Babcia kiedyś dała mi przepis - uśmiechnęła się na wspomnienie jak kiedyś z nią robiła pizzę. Najlepszy placek na świecie!
- To... Co ja mam robić? - spytał kolejny raz.
- Co ty dzisiaj tak dużo pytań zadajesz? 
- Nie znam się na gotowaniu - odparł krótko podchodząc do miski, do której dziewczyna wrzucała składniki.
- Możesz wybrać dodatki z lodówki - wskazała na urządzenie chłodzące. Podszedł do niej i wyjął ruccolę, szynkę i mozzarelle. Położył składniki na stół i wrócił o dziewczyny która zaczynała ugniatać ciasto. Oderwał mały kawałek surowego ciasta i zjadł. Dziewczyna spojrzała na niego zdziwiona.
- Jack! Głupolu tego się nie je! 
- Zawsze tak mówicie - zaśmiał się dotykając jej mały nosek zostawiając na nim biały ślad. Zdziwiony spojrzał na miejsce gdzie trzymał rękę. Na blacie była rozsypana mąka.  Dziewczyna spojrzała na swój nos, a potem na chłopaka. Zgarnęła trochę rozsypanej mąki i dmuchnęła nią mu prostu w twarz powstrzymując się o śmiechu.
- To tak chcesz się bawić. Zadarłaś nie z tą osobą co trzeba - odparł biorąc mąkę w garść i robiąc to samo co dziewczyna. Gdy nic nie widziała wziął ją od tyłu i przytulił łapiąc mocno w talii. Niebieskooka zaczęła się nieopanowanie śmiać, gdy zaczął ją łaskotać. Próbowała go odepchnąć, ale za każdym razem wybuchała ponownie śmiechem. Kiedy dziewczyna znowu próbowała odepchnąć białowłosego ten złapał ja zwinnie za rękę i płynnie obrócił łącząc ich usta. Dziewczyna ponownie się zaśmiała i musnęła wargami jego nos na co on zachichotał. 
 Odsunęła się i wróciła o ciasta.
- Chodź! Musimy ją skończyć - oparła ustawiając piekarnik do nagrzania. Zajęli się do niej już z trochę większym spokojem. 
 Gdy była już skończona położyli ją na stole w salonie i nalali sobie soku. Dziewczyna zmęczona usiadła na kanapie biorąc pierwszy kawałek. Jack popatrzył się na nią zamyślony, ale po chwili jego twarz rozjaśniła się w wielkim uśmiechu. Zasłonił wszystkie zasłony, żeby ani trochę światła nie wpadało o pokoju. 
- Co robisz? - zapytała lekko zdziwiona. Usiadł obok niej na kanapie biorąc pilota.
- Jakie masz filmy? - zapytał opuszczając ręce na swoje kolana.
- Na Blue Ray'u są jakieś - odparła idąc po innego pilota - A jakiego gatunku chcesz oglądać?
- Na pewno nie komedie romantyczną - skrzywił się - Co myślisz o horrorku?
- Może zacznijmy od czegoś bardziej łagodnego - odparła przeglądając katalog z bajkami.
- Serio? Bajki?... Chwila... Boisz się horrorów?  
- Tak boję się jak większość dziewczyn... Co ty na to żeby zrobić sobie wieczór filmowy? Obejrzymy wszystkie gatunki filmów jakie mam - zaproponowała wracając na kanapę.
- Niech ci będzie... Czyli chcesz zacząć od bajki... - przejechał ręką po swoich białych włosach.
- Może być Król Lew? - zapytała robiąc duże oczy.
- Ech... No dobra.
Pisnęła szczęśliwa puszczając film. Przytuliła się do niego w połowie się kładąc. Zajadali pizzę i popijali sokiem. Elsa przy najsmutniejszej scenie w filmie spojrzała na chłopaka, który miał podobnie smutną minę jak ona. Zachichotała całując go w policzek.
- Nie wiedziałam, że jesteś taki wrażliwy - uśmiechnęła się ciepło. Zakłopotany odwrócił wzrok.
- Nie jestem - burknął lekko się rumieniąc.
Resztę filmu obejrzeli w ciszy. Gdy skończyli zauważyli, że pizzy już nie ma, a sok już został dawno wypity. 
- Co jest następne? - zapytał szybko wchodząc do galerii. Elsa zaśmiała się pobłażliwie.
- No nie mów, że ci się nie podobało -  pogłaskała go po włosach.
- Co jest następne? - powtórzył pytanie. Elsa odparła żeby coś znalazł, a sama poszła po ogromny koc na górę. Gdy zeszła chłopak o dziwo czekał z popcornem i wielkim uśmiechem.
- Tym razem ja wybieram - powiedział przyciągając do siebie dziewczynę. Na ekranie był tytuł jednego z horrorów. Westchnęła zmęczona.
- Skąd ty właściwie wziąłeś popcorn? - zapytała usadawiając się na swoim miejscu.
- Był w szafce - wzruszył ramionami.
 Gdy w filmie były straszne sceny Elsa wrzeszczała ze strachu rzucając się na chłopaka, który miał ochotę wybuchnąć śmiechem. W takich momentach miała ochotę mu porządnie przyłożyć.
 Resztę filmów wybierali po kolei. Od smutnych do komedii. Gdy dochodziła godzina 22 zasnęli przy oglądaniu filmu...

***

 Gdy Ania wróciła od przyjaciółki zdziwiona zauważyła zasłonięte okna. Wchodząc do domu usłyszała dziwne dźwięki dochodzące z salonu. Podchodząc do kanapy na jej ustach pojawił się ogromny uśmiech. Wyjęła telefon z kieszeni i zrobiła im zdjęcie. Podpisała "Moje słodziaki 💗i wrzuciła na snapchata. Zachichotała ostatni raz wyłączając telewizor i udała się do swojego pokoju. 

***

 Blondynka obudziła się przez światło wpadające do pomieszczenia. Rozejrzała się dookoła siebie. Gdy ujrzała twarz Jacka mimowolnie się uśmiechnęła. Jego twarz oświetlona przez promienie słońca wydawała się jeszcze bardziej urocza i delikatna. Powoli się poruszyła, ale spowodowało to obudzenie chłopaka. Zamrugał parę razy, aby się rozbudzić. Widząc dziewczynę na jego twarzy pojawił się ciepły uśmiech.
- Witaj śnieżynko - potarł ich nosami o siebie po czym odsuwając się ziewnął przeciągle. Wstała powoli udając się do kuchni. Zaspanym wzrokiem niebieskooki obserwował każdy ruch Elsy. Po chwili podszedł do niej i przytulił ją od tyłu. Zamruczał jej do ucha przez co przeszedł ją przyjemny dreszcz.
- Nie przeszkadzam wam? - zachichotała ruda osóbka wchodząc do kuchni.
- Nie - odparł dalej zaspany Jack.
- O której wróciłaś? - zapytała siostrę dodając boczku do jajecznicy.
- Późno, już spaliście - odpowiedziała gotując wodę na herbatę. Przyjrzała się chwilę parzę zakochanych.
- Ja też chcę mieć chłopaka! - jęknęła uderzając głową o szafki.
- Jak już będziesz miała to załatw sobie jakiegoś mniej leniwego - odparła nakładając jedzenie na talerz.
- Też cię kocham - mruknął Jack dalej wisząc na dziewczynie.

***

 Był dzień wyjazdu. Elsie została godzina do przyjazdu Jacka. Pakowała ostatnie rzeczy do walizki. Spojrzała na swoją listę rzeczy do wzięcia. Zawsze taką robiła, gdy gdzieś wyjeżdżała, aby na pewno czegoś nie zapomnieć. Zaczęła po kolei wymieniać.
"Sukienki - Są 
Spodnie - Są
Bluzki - Są
Bielizna - Jest
Polaroid - Jest" 
 I tak wymieniała.
 Gdy była już na sto procent pewna, że niczego nie zapomniała. Ubrała się w krótkie jeansowe spodenki, białą, koronkową bluzkę i narzutę w kwiaty. Do tego białe pantofelki i oczywiście kamień księżycowy.
 Zamknęła swoją walizkę i zamknęła oczy. Tyle zrobiła, aby stamtąd uciec, a teraz wraca. Do swoich koszmarów, ale i dzieciństwa.
- Jestem gotowa... Wracam do domu...













Tak więc teraz już na prawdę jest rozdział więc proszę nie marudzić XD 
Mam nadzieję, że się spodobał, ale pisać tutaj już nic więcej nie będę, ponieważ jestem zmęczona XD
A i tak a propo. Jeżeli ktoś kiedykolwiek sobie mnie wyobrażał w rzeczywistości to od razu. Nie mam fioletowych włosów XD (pozdrawiam pewną osobę, która wie, że o nią chodzi :P)
Kocham i pozdrawiam Black Berry :***