niedziela, 25 października 2015

Rozdział #24 "Trochę mrocznej prawdy i jazda na nartach"

 Gdy się obudziła byli już na miejscu. Wszyscy wyszli z samochodów i udali się do budynku. Hotel był dosyć duży, ale nie jakoś ogromny. Ściany miał jasnożółte, a wszystkie inne wykończenia były z ciemnego drewna. Z dachu zwisały lampki, które jarzyły się białym światłem oświetlając budynek. Na większości płaskich powierzchni był biały puch, ale z chodnika starszy pan próbował go trochę odgarnąć. Można było zauważyć również duże okna przy, a przy niektórych nawet balkony, na których również były lampki. Te jednak nie były ośnieżone dzięki dachu nad nimi. Wchodząc do środka pierwszy rzucał się w oczy kominek z poustawianymi na nim różnymi ozdobami, a dookoła niego fotele z miękkiego puszku. Następnie można było zauważyć schody i obok nich windę. Do wyboru do koloru. Przy ścianie znajdowała się recepcja w takich samych kolorach jak budynek od zewnątrz, również z blatu zwisały małe lampki. Przy biurku siedziała kobieta, która pisała coś raz na komputerze, a raz na papierze. Za nią znajdywała się wielka półka z wieloma otworami, w których znajdowały się kluczę do różnych pokoi. W samym pomieszczeniu znajdowało się jeszcze parę kolumn. Dopiero po chwili Elsa zauważyła na samym końcu pomieszczenia małą kawiarenkę z pokazanymi ciastami i różnymi tego typu smakołykami. 
 Chwilę się wpatrywała w słodkie przekąski dopóki nie poczuła jak ktoś ją szturcha w ramię. Spojrzała się na recepcję gdzie stała już Roszpunka z Flynnem. Po jakiś 5 minutach rozmowy i wypełniania odeszli od biurka podchodząc do reszty. Oboje mieli w rękach klucze. 
- Udało nam się załatwić żebyśmy mieli pokoje obok siebie. Dziewczyny 166, a chłopcy 167 - powiedziała złotowłosa.
- Chodźcie od razu po rzeczy żeby nie łazić w tę i z powrotem  - zaproponował brunet. Wrócili do samochodu, wzięli walizki i wszystkie inne rzeczy. Udali się do swoich pokoi, które na szczęście były na pierwszym piętrze. Dziewczyny weszły do swojego, a chłopcy do swojego. Sam pokój (dziewczyn) składał się z trzech pomieszczeń; salonu połączonego z kuchnią, łazienki i sypialni. Salon nie był zbyt duży, ale udało się pomieścić w nim dwie turkusowe kanapy, stolik do kawy, stół przy samej ścianie, drzwi prowadzące na balkon i mały telewizorek. Kuchnia była mała i oddzielona tylko pół ścianką od salonu. Były w niej najbardziej podstawowe rzeczy jak lodówka, kuchenka, szafki itd. Drzwi do łazienki znajdowały się w małym przed pokoju. Łazienka również była mała, ale za to bardzo urokliwa. Sypialnia natomiast była mniej więcej wielkości salonu. Znajdowało się w niej pięć łóżek, każde z nich było okryte czerwono-czarnym kocem i przy każdym była mała etażerka. Przy ścianie znajdowały się dwie duże szafy i obok dwa lustra. Pokój chłopaków był praktycznie odbiciem lustrzanym. 
 Po rozpakowaniu walizek cała ekipa udała się na krótki spacer po okolicy. Miasteczko było naprawdę piękne. Uliczki był oświetlone przez latarnie i lampki zwisające z dachów budynków. Co parę metrów było jakieś małe drzewko również oświetlone lampkami. Przy niektórych domach można było zauważyć bałwany albo dzieci bawiące się w śniegu. Gdy przechodziło się obok restauracji czy knajp słychać było muzykę i rozmowy. Miasto tętniło życiem cały czas. Na ulicach ludzie chodzili, tańczyli, a nawet śpiewali. 
 Po jakimś czasie stwierdzili, że trzeba już wracać. Po drodze jednak wstąpili do jakiejś kawiarni i napili się gorącej czekolady jedząc ciasteczka. Potem już naprawdę wrócili do hotelu. 
 Następnego dnia u dziewczyn obudziła się najwcześniej Elsa, a prawie od razu później Punzie. Obie zaczęły robić śniadanie. 
- Mogłabyś iść obudzić dziewczyny? Ja zrobię kanapki - poprosiła złotowłosa. Niebieskooka wyszła bez wahania z kuchni i poszła do ich pokoju. Najspokojniej spała chyba Violence, bo spała skulona jak małe dziecko. Natomiast Merida była rozwalona na całe łóżka i prawie z niego spadała, a poduszka Astrid leżała na drugim końcu pokoju. Dziewczyna westchnęła patrząc na współlokatorki i wzięła swój telefon. Ustawiła głośnik na maksimum i włączyła budzik. Wszystkie od razu poderwały się z łóżek i zaczęły się rozglądać co się dzieje. 
- Co je-est? - zapytała się Astrid.
- Śniadanie jest. Chodźcie - powiedziała niebieskooka odsłaniając okna tak żeby światło dzienne oświetliło pokój. Dziewczyny powoli zwlekły się z łóżka i ruszyły w stronę salonu. Usiadły przy stole i zaczęły jeść naszykowane kanapki przez Punzie. Elsa jeszcze nalała wszystkim herbaty i również zabrała się do jedzenia. 
- Jak myślicie, chłopcy już wstali? - zapytała Astrid gdy już wszystkie prawie zjadły.
- Myślę, że tak. Jest już trochę późno... Zacznijmy się już ubierać i zaraz do nich przyjdziemy - zaproponowała Viola.
Po śniadaniu dziewczyny zabrały się do ubierania. Merida ubrała czerwony golf i czarne spodnie narciarskie, Viola fioletowy golf i również czarne spodnie narciarskie, Astrid ubrała szary golf i czerwone spodnie, Punzie ubrała różowo-fioletowo-biały golf i białe spodnie, Elsa turkusowy golf i białe spodnie. Wszystkie oprócz Meridy i Violence związały włosy w warkocz. Czerwonowłosa zostawiła włosy rozpuszczone, a fioletowo włosa związała je w kucyk (na tyle duży na ile pozwoliły je jej krótkie włosy).  
 Gdy skończyły się szykować udały się do pokoju chłopaków. Daleko nie miały, bo ich pokój był obok, więc nawet nie zamykały drzwi. Pierwsza do drzwi podeszła Merida i głośno w nie zapukała. Przez chwilę słychać było jakieś tłuczenie, a później ciszę.
- Wątpię żeby się obudzili - powiedziała po chwili Elsa. Nagle w drzwiach stanął Tim w białej koszulce i czarnych bokserkach.
- Tak? - zapytał ziewając.
- CHŁOPAKI! - wrzasnęła nagle Roszpunka - Amy na nas będzie czekać o ustalonej godzinie na stoku, a wy nawet nie zebraliście swoich leniwych tyłków?! Zaraz musimy jechać!
Tim jakby otrzeźwiał i zrobił się po chwili cały czerwony.
- Już się... Zbieramy - powiedział i zamknął im drzwi przed nosem. Z pokoju po chwili było można usłyszeć wrzaski chłopaków. Płeć żeńska wzruszyła tylko ramionami i wróciła do pokoju po resztę rzeczy. Wzięły kaski (lub czapki), buty narciarskie, kurtki i inne pierdoły. Potem znowu stanęły przed drzwiami chłopaków i ponownie zapukały. Tym razem prawie od razu otworzyli w prawie takim stanie jak wcześniej tylko tym razem byli ubrani. Każdy miał coś źle założone, od lekko przesuniętej czapki do źle założonej kurtki.
- Chodźcie już - westchnęła zrezygnowana Punzie. Wszyscy poszli do samochodów i pojechali na miejsce. Nie jechali jakoś długo, około 10 minut, więc złość złotowłosej powoli zanikała. 
 Żeby wjechać na górę góry trzeba było wsiąść do około 12 osobowej gondoli, ale najpierw trzeba było załatwić karnety.
 Gdy już wszystko załatwili weszli do gondoli wkładając uprzednio narty i deski do takich "szafeczek". [ Nie wiem jak to się nazywa ;-; Kupcie mi słownik z polskimi wyrazami, bo nie wiem jak nazwać większość rzeczy xd dop. aut.] Od czasu do czasu dziewczyny piszczały, gdy widziały na jakiej wysokości się znajdują. Po jakimś czasie dojechali na górę. Wzięli swoje sprzęty narciarskie i stanęli przed stokiem. Żeby dostać się do krzesełek, które prowadziły na główny stok trzeba było zjechać przez mały odcinek w dół. 
 Gdy wszyscy zaczęli zakładać nagle wrzasnęła Punzie.
- Amy!!! - pisnęła i przejechała kawałek na swoich nartach.
- Cześć! - wrzasnęła dziewczyna w czapce z uszami kota, dwoma długimi warkoczami i różowo-białek kurtce - Co was tak długo nie było?
- Ktoś po prostu zaspał - spojrzała z wyrzutem na chłopaków, którzy głupio zaczęli się uśmiechać. 
- Dobra! Pokaże wam najlepsze trasy, tylko najpierw musimy zjechać do krzesełek - wskazała na krzesełka na dole.
- No to co? Jedziemy - powiedział Maks zjeżdżając na dół, a za nim wszyscy. Została tylko Elsa z Jackiem.
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? - zapytała.
- Idź na żywioł - stwierdził dopinając ostatni guzik. 
- Dzięki - wzięła kijki do ręki i popatrzyła się morderczym wzrokiem na Jacka.
- No chodź, jedziemy - powiedział ruszając na swojej desce i przy okazji popychając trochę do przodu Else. 
- Czekaj! - wrzasnęła ruszając do przodu. Niby zjazd trwał 10 sekund, ale Elsa zdążyła ze strachu przejść w wściekłość, a później w śmiech. Zahamowała z 2 metry od bramek.
- Sorry gołąbki, ale jedziecie we dwójkę - powiedziała nagle Amy.
- Co? - niebieskooka nie zrozumiała. 
- Krzesełka są czteroosobowe! 
- Ale nas jest jedenaście! - stwierdził Jack.
- Meridę wywiało do przodu - wytłumaczyła i wsiadła na krzesełka. Wzruszyli ramionami i podjechali do bramek. Mieli już jechać sami, ale w ostatniej chwili na taśmę wjechała jakaś starsza pani. Usiedli i oparli narty o podpórki zamykając bubla. 
- Miałeś mi coś powiedzieć - po chwili odezwała się niebieskooka.
- Miałem - potwierdził - Ale miałem ci to powiedzieć gdy będziemy sami - oboje powoli spojrzeli w stronę starszej pani.
- Och! Nie przeszkadzajcie sobie kochaneczki, nie będę słuchać - powiedziała śmiejąc się i odwróciła głowę w drugą stronę.
- To... - zaczęła Elsa.
- To... Nie odpowiednie miejsce żeby ci to powiedzieć - stwierdził na co ona prychnęła. 
 Po pięciu minutach ciszy dojechali na górę gdzie wszyscy już czekali.
- Okej... Najpierw pojedziemy na tamtą trasę - wskazała na małe rozwidlenie - A później pozjeżdżamy tutaj. Około 13:30 zjemy obiad tutaj, ponieważ tutaj jest najlepsza knajpa na świecie, a o takiej godzinie, ponieważ około 12:30 szkółki kończą jazdy i idą żreć i zawsze jest tłoczno - wytłumaczyła i poczekała aż wszyscy pokiwają głowami na znak zrozumienia, później pojechała, a za nią cała ferajna. 
  Przez kolejne dwie godziny jeździli po różnych trasach. Jak się Elsa przekonała Jack miał rację. Królowa zimy potrafi jeździć na nartach. No, ale nie obyło się bez upadku. Kiedy Flynn popisywał się swoimi wspaniałymi umiejętnościami jeżdżenia na desce ktoś zajechał mu drogę i biedny wywinął kozła. Na szczęście nic mu się nie stało, ale wyglądało to zjawiskowo. A żeby tego było mało, gdy wracali na pierwszą trasę Violence jakimś cudem wjechała jedną nartą na drugą przy tym się wywracając i wpadając dodatkowo na Maksa, który razem z nią zaczął koziołkować. Jedyne co się stało to nabili sobie parę siniaków, prawie zgubili narty i przy okazji wylądowali w tak dziwnej pozycji, że Jack nie powstrzymał się przed zrobieniem zdjęcia i prawdopodobnie miał na nich haka na całe życie. 
 Gdy już szczęśliwie dojechali do knajpy zamówili sobie dwie pizze wielkości małego stolika i mnóstwo gorącej czekolady. Po skończonym posiłku zjechali jeszcze parę razy na początkowej trasie robiąc przy okazji zawody; dziewczyny vs dziewczyny; chłopcy vs chłopcy i chłopcy vs dziewczyny. O dziwo tym razem się nie wywalili, ale prawie się pozabijali. Ale mniejsza z tym. 
 Po skończonych zawodach zjechali na sam dół i pożegnali się z Amy, którą odwiozły kuzynki. Reszta paczki pojechała z powrotem do hotelu.
 Wszyscy zaczęli się przebierać w normalne ciuchy, a później chłopcy przyszli do dziewczyn.
- Zagrajmy w butelkę - zaproponował nagle Flynn biorąc byle jaką pustą butelkę do ręki i siadając na podłodze. 
- Dobra - zgodziła się większość osób. Jedynie Elsa dalej siedziała przy stoliku i czytała książkę.
- Nie grasz? - zapytał się jej Czkawka.
- Nie lubię takich głupich gier - stwierdziła nie odrywając wzroku od książki.
- No chodź, będzie fajnie - zachęciła ją Punzie. Blondynka przewróciła oczami i dosiadła się do kółka.
- Ja pierwszy! - krzyknął Flynn i zakręcił butelką. Wypadło na Meridę.
- Pytanie czy wyzwanie? - zapytał.
- Wyzwanie! - powiedziała pewnie.
- Hmm... - zamyślił się - Wyjdź na balkon i ryknij na całe gardło "Jestem mężatką i dobrze mi z tym!" - zacytował na co wszyscy zaczęli się śmiać.
- Challenge accepted - powiedziała i wyszła na balkon - JESTEM MĘŻATKĄ I DOBRZE MI Z TYM!!! - ryknęła i od razu wróciła do pokoju. I tak się zaczęła gra. Po 15 minutach butelką kręcił Maks i wypadło na Jacka.
- Hmm... Wyjdź na balkon na 10 minut - powiedział.
- Ale stary... Takie wyzwanie? Niech wyjdzie z jakąś dziewczyną! - stwierdził Flynn.
- Okej... Wyjdź z - przejechał wzrokiem po wszystkich dziewczynach - Wyjdź z Elsą na 10 minut na balkon... Masz szczęście, że mi jeszcze nie podpadłeś, bo Tim nie miał by tak łatwo - popatrzył się morderczym wzrokiem na chłopaka. Dwójka posłusznie wykonała polecenie, a gdy już zamknęli ich na balkonie Elsa od razu przeszła do rzeczy.
- To powiesz mi w końcu o co chodzi? - zapytała patrząc się wyczekująco na chłopaka. 
- Ech... Po tym jak kupiliśmy rzeczy na narty i wróciłem do domu zastałem w nim Madison - zaczął powoli.
- Madison? Co ona chciała od ciebie?
- Powiedziała mi, że Mrok znalazł źródło czarnej magii i zbiera siły i, że... że Mrok chce ciebie - wytłumaczył. Przez chwilę patrzyła się na miasteczko po czym się odezwała.
- To, że Mrok mnie chce to inna sprawa, ale myślisz, że naprawdę znalazł jakieś źródło? Czy ona po prostu blefowała?
- Wiem jedno... Jeśli znalazł to źródło to mamy niezły problem - stwierdził patrząc się na miasteczko. 


***
[Madison]

 Stałam przed zaśnieżonym lasem. Po jakiejś chwili stania i głupio gapienia się w pustą przestrzeń ruszyłam w jego stronę. Co chwilę musiałam łapać się drzewa, bo potykałam się o te durne gałęzie. Po 10 minutach marszu stwierdziłam, że nie wytrzymam i zmieniłam się w Mrocznego Anioła. Uniosłam się pół metra nad ziemię i leciałam między drzewami. Nienawidziłam iść tędy, ale nie miałam innego wyjścia. Portal do kryjówki mojego ojca jest na jednym z tych drzew. Wypatrywałam głupiego znaku na drzewach, ale nigdzie go nie widziałam. Miałam ciągłą presję, że może dotarłam tu za późno i portal zmienił swoje położenie i nie jest już w tym lesie. 
 Musiałam się w końcu spotkać z ojcem szczególnie po ostatnich wydarzeniach. A mówiąc po ostatnich wydarzeniach mam na myśli spotkanie z Jackiem na samotności. Czasami ten chłopak potrafił doprowadzić mnie do takiego śmiechu, że normalnie umierałam. To takie słodkie, że zakochał się w tej wybrance... Tak słodkie, że aż mi się chce rzygać. Nie wiem w sumie prawie nic o tej dziewczynie, bo Mrok większość przede mną ukrywa, ale mam się najbliższym czasie dowiedzieć. Wiem głównie to, że ona ma kamień księżycowy i muszę go jakoś jej odebrać. Jest dosyć słaba, więc mogłabym to w sumie zrobić bez problemu, ale no... Jedynym problemem jest Jack, który potrafi mnie pokonać. Poza tym nie chcę robić rozróby w mieście, a zrobić to po cichu co niestety jest nie możliwe z Jinx. Ma swoje plusy i minusy i to jest jeden z tych minusów: Nie potrafi zrobić niczego po cichu.
 Nagle przed oczami mignęło mi coś czerwonego. Spojrzałam na jedno z drzew, a na nim ujrzałam wyryte  "M", które zmieniało ciągle kolor z czerwonego na czarny. Uśmiechnęłam się pod nosem i podleciałam do drzewa. Stanęłam przed nim i przyłożyłam lekko rękę do wyrytego znaku. Zamknęłam oczy i użyłam mojej mocy. Po chwili znajdowałam się już w kryjówce mojego ojca. Była to podziemna jaskinia, ale nie taka malutka. O nie... W szerokości była co najmniej taka jak  dwa boisko do piłki nożnej, a z wysokości co najmniej jak najwyższy budynek w U.S.A. Po środku jaskini na większej wysepce, która latała nad przepaścią dusz znajdował się zamek mojego ojca. Żeby do niego dojść trzeba był przejść po jednym z mostów. Wracając do przepaści dusz. Co to jest? To miejsce wszystkich dusz, które zginęły w Mroku albo przez Mroka. Uwierzcie mi, że nikt nie chciałby tak wpaść. Jeśli jesteś człowiekiem i tam spadniesz - umierasz od razu i stajesz się tamtejszym niewolnikiem, jesteś nieśmiertelny - tkwisz tam aż cię ktoś nie wyciągnie albo aż te chore dusze cię nie zabiją, jedynie możesz tam wpaść jak potrafisz latać, bo zdążysz wylecieć. Jak mam być szczera to sama lubię sobie tam latać i pomiatać tymi duszami, jak mogę to to robię. 
 W końcu weszłam do tego przeklętego pałacu. Po chwili doszłam do sali gdzie znajdował się mój ojciec. Po ostatnim spotkaniu ze strażnikami zamienił się w latającą czarną kulę piachu, która potrafi mówić, ale za daleko się nie porusza, bo nie ma na tyle siły. O dziwo widać go w lustrze w normalnej formie, ale nie ważne. 
 Podeszłam powoli do niego.
- Witam ojcze - powiedziałam klękając, ale utrzymując jednak dystans od niego.
- Witaj... Co masz mi do powiedzenia? - zapytał wlepiając we mnie tak jakby parę złotych oczu.
- Przekazałam wiadomość strażnikowi zabawy i zimy. Wie, że chcesz dostać wybrankę i, że "zbierasz" siły...
- Doskonale - stwierdził - Coś jeszcze?
- Uwierzył, ale nie wiem czy na długo. Co masz zamiar zrobić, gdy się dowie, że to tylko kłamstwo? - zapytałam wpatrując się w mojego ojca.
- Już ci mówiłem. Odebrać kamień dziewczynie i naprawdę znaleźć źródło mocy i ty - wskazał jakby na mnie swoją ala ręką - Ty odbierzesz dziewczynie kamień, ale jeszcze nie teraz... Poczekamy na dobry moment.
- I to mi się podoba - uśmiechnęłam się chytrze pod nosem i uniosłam się w powietrze. 




Hejoooo :3
Łapcie rozdział! Bo świeżutki :} Wiem jak bardzo lubicie Madison, więc macie kawałek z nią XD No i początek nart ^^ A i mam dla was mały konkurs!!! Chodzi o to żebyście wmyślili jakiś upadek(, ale narciarski). Obojętnie kogo tylko jest jedna zasada!: Bez żadnych złamań i żadnych śmierci itd. Najbardziej kreatywną pracę wstawię do rozdziału ^^ Nagroda? Ee... Wasza praca będzie w rozdziale :P Nie musi być to wypracowanie na całą stronę, ale krótka kreatywna praca bardzo mi się spodoba ^^ Piszcie w komentarzach!!! A pytanie dlaczego Black Berry robi taki konkurs? Bo jej się nie chce samej wymyślać xd Tego chyba nie powinnam pisać... No, ale dobra! Koniec ogłoszeń parafialnych! A konkurs jest do przynajmniej trzech prac! To kiedy pojawi się rozdział zależy od was ;)
Kocham i pozdrawiam Black Berry :***

niedziela, 18 października 2015

Rozdział #23 "Sama podróż samochodem i nowe znajomości"


 Po dłuższych namowach ustalili, że wyjadą w czwartek i wrócą za tydzień. Jako iż było ich dosyć dużo stwierdzili, że łatwiej byłoby pojechać na dwa samochody. W jednym Flynn, Punzie, Czkawka, Astrid i Tim, a w drugim Jack, Maks, Violence, Merida i Elsa. Amy była już na miejscu od paru dni, bo pojechała tam z kuzynkami, Luna i Mike mieli wyjazd rodzinny, więc nie mogli pojechać. Ania w końcu też nie pojechała, bo jej szkoła organizowała ferie, więc już była na obozie. Jeśli chodzi o Blue to rodzice złotowłosej zgodzili się nim opiekować podczas nieobecności Elsy.
 Gdy nadszedł dzień wyjazdu na narty wszyscy spotkali się w umówionym miejscu. Czyli obok domu Punzie. Spakowali do samochodów walizki, włożyli narty i deski do trumny [ No wiecie... to na dachu auta xd Ja tak na to mówię i szczerze to nie wiem jak nazywa się to w oryginale, możecie mi napisać ;P dop. aut.] , a resztę pojazdu wypakowali po brzegi prowiantem.
 Tak jak się umówili wsiedli do aut. Flynn prowadził pierwszy samochód, obok niego siedziała Roszpunka, a reszta z tyłu. Natomiast w drugim Jack prowadził, obok siedziała Elsa i oczywiście reszta z tyłu. Mieli przed sobą 12 godzin, długich godzin jazdy.
 Pierwszy pojechał samochód Flynna, a tuż za nim Jacka.
- Dobra...Wyjechaliśmy o 6:00 tak jak ustaliliśmy... Jak dobrze pójdzie to przyjedziemy na miejsce około 18:00 - stwierdziła złotowłosa ustawiając jeszcze GPS'a.
- Ok - odparła Elsa wyłączając telefon. Jechali osobno, więc tylko tak mogli się porozumieć.
Rozłożyła mapę i uważnie się jej przyjrzała. W przeciwieństwie do innych wolała starą metodę.
- Hmm... Na ile starczy ci paliwa? - zapytała białowłosego.
- Gdzieś w połowie drogi trzeba będzie zatankować - powiedział.
- Wiecie co?... Nie wiem jak wy, ale ja idę w kimono - stwierdziła Merida okrywając się kocykiem.
- Ja też - powiedziała Viola zakładając słuchawki i opierając głowę o poduszkę.
- Poradzicie sobie? Bo też chce mi się spać - zapytał się Maks opierając się rękami o fotel żeby lepiej zobaczyć reakcje dwójki.
- Nie jesteśmy dziećmi Maks - odparł Jack zmieniając bieg.
- Ale mi chodziło czy do czegoś tu nie zajdzie - powiedział szczerząc zęby.
- Idź już spać, co - odparła Elsa odkładając mapę. Brunet tylko się zaśmiał i oparł głowę o fotel.
- Wiesz co stary?... Dobrze, że pomiędzy tobą, a Violą siedzi Merida, bo dopiero wtedy martwił bym się o to co się by działo z tyłu - stwierdził białowłosy na co on i blond włosa zaczęli się śmiać.
- Spadaj - odparł cały czerwony brunet i położył się spać. Elsa też się nieźle trzymała, ale po trzech godzinach zasnęła.
Gdy dochodziła dwunasta Jack zauważył, że powoli zaczyna brakować paliwa. Stając na światłach szturchnął blondynkę w ramię żeby się obudziła. Ona jednak przekręciła się na bok i jęknęła coś, że jeszcze pięć minut. Szturchnął ją jeszcze raz tym razem ze skutkiem.
- Co? - zapytała ziewając.
- Czy śpiąca księżniczka mogła by zadzwonić do pierwszego samochodu, bo kierowca ma zajęte ręce - poprosił ruszając ze świateł. Elsa nie chętnie wyprostowała się i wyjęła telefon. Wystukała numer i przyłożyła słuchawkę do ucha.
- Tak? - zapytała Roszpunka po drugiej stronie telefonu.
- Pan kierowca stwierdził, eee... Co stwierdziłeś? - zwróciła się do Jacka.
- Że trzeba zatankować i przy okazji coś zjeść.
- Że trzeba zatankować i przy okazji coś zjeść - powtórzyła słowa chłopaka. Po chwili się rozłączyła.
- I co? - zapytał.
- Za niedługo powinna być jakaś stacja, więc tam się zatrzymamy - powiedziała chowając telefon.
- A mogłabyś spróbować obudzić tych z tyłu?
Niebieskooka westchnęła, wzięła własną poduszkę i rzuciła ją w stronę Meridy. O dziwo się obudziła.
- Co się dzieje? - zapytała przeciągając się.
- Zaraz wysiadamy na papu.
- Acha - ziewnęła.
- A mogłabyś jeszcze obudzić Viole i Maksa?
- Yhm - potwierdziła. Violce wyciągnęła słuchawki i wzięła jej poduszkę, a Maksa walnęła w twarz poduszką dziewczyny.
- Ej! - jęknęli razem.
- Zaraz wysiadamy - powiedziała Merida oddając im rzeczy. Po jakiś 10 minutach dojechali do najbliższej stacji przy, której był też McDonald’s. Wszyscy wysiedli z samochodu, a Jack i Flynn zaczęli tankować samochód. 

 Nagle obok nich zaparkował inny czarny, sportowy samochód. W tym samym momencie białowłosy i brunet skończyli tankować auta.
- To idziemy? - zapytał Flynn.
- Stary... Patrz jakie autko - powiedział Czkawka wyraźnie zafascynowany sportowym samochodem. 
- No niezłe - przyznał białowłosy. Z samochodu wysiadł wysoki, bardzo dobrze zbudowany, czarnowłosy chłopak o niebieskich oczach. Miał na sobie czarną, rozpiętą kurtkę z niebieskimi elementami, białą bluzkę i czarne spodnie. 
- Patrzcie jaki przystojniak - odezwała się nagle Astrid za co dostała od Czkawki, ale wszystkie dziewczyny pokiwały na zgodę głowami (nawet Merida). 
- Chodźcie już - powiedział Jack. Cała paczka poszła w stronę knajpy, a po drodze jeszcze zapłacić za paliwo. Zajęli duży stolik przy oknie. 
- Stanę już w kolejce - zaproponowała Elsa. Ustawiła się przy trochę długiej kolejce. Wyciągnęła telefon i napisała SMS'a do Ani, że są w połowie drogi. Po chwili stała już przed nią ostatnia osoba. Nagle poczuła jak ktoś na nią wpada. Na szczęście się nie przewróciła, ale zrobiła parę kroków do przodu. Odwróciła się i zobaczyła niskiego, młodego chłopaka (wyglądał na około 10 lat) z czarnymi włosami, niebieskimi oczami. Miał na sobie czarno-czerwoną, rozpiętą kurtkę, białą bluzkę i czarne spodnie. Wyglądał podobnie do tamtego chłopaka z samochodu. 
- Przepraszam - przeprosił rozmasowując sobie głowę - Nie zauważyłem cię...
- Nic się nie stało - odparła niebieskooka.
- Damian! - nagle podbiegł ten chłopak od samochodu - Mówiłem ci żebyś zaczekał.
- Sorry - odparł najprawdopodobniej Damian. 
- Nic ci się nie stało? - zapytał czarnowłosy.
- Spokojnie, jestem cała - uśmiechnęła się. 
- Jestem Dick, a to jest Damian - przedstawił się.
- Elsa - również się przedstawiła - Jesteście braćmi?
- Tak - odparł Damian - On dziewiętnaście, ja dziesięć...
- Jeśli chodzi o wiek to na niego przymruż oko. Częściej zachowuje się jakby miał co najmniej tyle co ja - stwierdził Dick na co niebieskooka zachichotała.
 - To dobrze czy źle? - zapytał młodszy brat.
- Zależy - odpowiedział mu starszy chytrze się uśmiechając. Ten tylko prychnął i popatrzył się gdzieś w dal na co brat tylko się zaśmiał. Elsie trochę trudno było ich zrozumieć.
- Teraz twoja kolej - powiedział Dick. Trochę nie zrozumiała ale gdy się odwróciła zobaczyła, że nikt przed nią nie stoi. Podeszła do kasy, ale zorientowała się, że nie wie co za mówić. Nagle obok niej znalazł się Jack.
- Wiesz co chcą zamówić? - zapytała chłopaka.
- Yhm - potwierdził i zaczął zamawiać. Kątem oka zobaczyła jak bracia wybierają jedzenie. Chciała żeby Ania też tam była.
- A ty co chcesz? - zapytał się nagle białowłosy.
- Ja? Ym... Poproszę McChiken'a i kawę - odpowiedziała. Zapłacili i odeszli kawałek. Wypatrywali na interaktywnej tablicy swojego numerka.
- Kim był ten chłopak? - zapytał po chwili.
- Hmm?
- Ten w czarnych włosach - odparł.
- A! Ten wyższy to Dick, a niższy to Damian - odpowiedziała.
- Chcieli coś od ciebie? - zaczynał się dopytywać.
- To, że rozmawiałam z kimś nieznajomym nie oznacza, że od razu coś ode mnie chciał. Damian po prostu na mnie wpadł i mnie przepraszali nic więcej - odparła wpatrując się w tablicę. 
- Idę do stolika... Jak będzie zamówienie na tablicy to mnie zawołaj to pójdę z chłopakami po jedzenie - stwierdził trochę speszony Jack idąc w stronę stolika. 
 Po chwili obok Elsy stanęli bracia.
- Jedziecie z ekipą na nart? - spytał się Dick.
- Skąd wiedziałeś? - zapytała zdziwiona. 
- On wszystko wie - stwierdził Damian.
- He, he... Ponieważ twój kolega odszedł do stolika gdzie jest około 8 osób...
-A tak z czystej ciekawości - zaczęła - Co wy tu robicie? W sensie... nie wyglądacie na biednych...
- Jedziemy do ojca - odpowiedział młodszy brat.
- Sprawy rodzinne - sprecyzował starszy - O nasz numerek! Musimy iść. Miło było ciebie poznać! - pożegnał się Dick.
- Cześć Elsa! - pożegnał się Damian i poszedł za bratem. Pomachała im na pożegnanie i znów wróciła do tablicy. 
 Gdy pojawił się jej numerek poszła do stolika i poprosiła chłopaków żeby poszli po jedzenie. Posłusznie poszli, a niebieskooka zajęła swoje miejsce. Gdy odeszli kawałek wszystkie dziewczyny się przysunęły do Elsy.
- I? - zaczęła Punzie.
- I... Co? - zapytała zdziwiona.
- No jak ten chłopak?! Chodzi mi o pana "przystojniaka"... Widziałyśmy, że z nim rozmawiasz - sprecyzowała Viola.
- A co ma być? Miły jest i tyle - odpowiedziała wzruszając ramionami. 
- A jak ma na imię? Poza tym tam był jeszcze jakiś młodszy chłopak...
- Nazywa się Dick, a ten mały to Damian, jego brat - wytłumaczyła Elsa. 
- Wiesz... Słodcy byli. Tak słodcy, że aż Jack zrobił się zazdrosny - Merida zaśmiała się. 
 Gdy wreszcie męska część ekipy przyniosła jedzenie wszyscy zabrali się do zjadania pysznych hamburgerów. 
 Po posiłku wrócili do samochodów i jak na zawołanie ekipa z tyłu zasnęła. 
 Gdy Elsa prawie już też zasypiała odezwał się Jack. 
- Przepraszam - odezwał się nagle.
- Za co? - zapytała zdziwiona blondynka. 
- Za moje zachowanie w Mc'u... Ostatnio... Źle się dzieję - nie mógł się wysłowić.
- Co się dzieje? - zapytała ponownie. 
- Nie mogę ci teraz tego powiedzieć, a przynajmniej nie tu. Na osobności - powiedział.
- Dobra... A coś poważnego?
- Zależy jak to zinterpretujesz - odparł. Była zdziwiona słowami chłopaka. Zaczęła się zastanawiać o co może chodzić, ale po pewnym czasie zasnęła. Obudziła się gdy byli już na miejscu.




Witam :3  Wiem, wiem dzisiaj dosyć krótki rozdział, ale następny mam nadzieję, że będzie trochę dłuższy, bo tam już będą w hotelu i będą jeździć na nartach itd. A i powiedzcie mi co sądzicie o panu "przystojniaku" ;) Jack is so JEALOUS!!! XD Jak w sumie wszyscy chłopcy :P A i w ogóle... ROZPIERNICZACIE  SYSTEM!!! Aż tak lubicie wątki z Madison, że znalazł się na topce postów XD Dobra nie znęcam się już nad wami :]
Kocham i pozdrawiam Black Berry :***

niedziela, 11 października 2015

Rozdział #22 "Propozycja" + LA


  [Jack]

 Jak ja kocham wolne... Przynajmniej nie trzeba chodzić do szkoły.
 Spałem w moim cudownym łóżku zakopany w miękkiej i puszystej pościeli. Niestety jakimś cudem przez grube zasłony dostały się promienie słońca, które jak na złość mnie obudziły. A jak mnie coś obudzi to ja już nie zasnę... Podniosłem lekko głowę do góry i popatrzyłem się z nienawiścią na nieszczelne zasłony. Przewróciłem się na bok, ale pode mną nie znajdowało się już łóżko tylko podłoga. Upadłem na nią z hukiem i przekląłem pod nosem. Oparłem się na łokciach i spojrzałem na zegar zawieszony na ścianie. Była 10:26. Głowa mi bezwładnie opadła, ale zapomniała, że nie jestem już w łóżku, więc walnąłem w podłogę. 
- Cholera! - wrzasnąłem podnosząc się z podłogi - Zapowiada się dobry dzień... - stwierdziłem idąc do łazienki. 
 Wziąłem szybki prysznic i umyłem zęby, bo jakbym pewnie tego nie zrobił to by mnie Ząbek zabiła. Ubrałem zwykłe jeansy, białą koszulkę  i zszedłem na dół z zamiarem zjedzenia śniadania. Gdy doszedłem do mojej lodówki nagle zauważyłem, że na niej wisi karteczka. Zerwałem ją z niej i jak przeczytałem wiadomość myślałem, że mnie szlak trafi. "Jack. Nie jesteś już dzieckiem, więc nie będziemy ci już robić obiadów. Dobrze by było gdybyś się nauczył albo żeby ktoś cię nauczył. ~Strażnicy". Zajebiście... - pomyślałem. Otworzyłem lodówkę i moim oczom ukazał się bardzo nie fajny widok. W lodówce prawie nic nie było. Stwierdziłem, że nie ma sensu już iść do sklepu i kupować żarcie jeśli i tak nie będę umiał go przyrządzić. Ubrałem się cieplej żeby ludzie nie wzięli mnie za dziwaka, bo to jednak trochę dziwne jak człowiek chodzi w krótkim rękawku przy -5 stopniach. Zamknąłem drzwi i ruszyłem w stronę mojej ulubionej kawiarni. Ulice były ośnieżone, ale jak nikt nie patrzył troszkę, ale tak troszkę dodawałem tu i ówdzie białego puchu. Skręciłem w stronę parku, ponieważ przez niego była najszybsza droga do kawiarni. Muszę przyznać, że nawet pokryty śniegiem park wygląda cudownie. Najfajniejsze było chyba to, że dzieciaki bawiły się w lepienie bałwana i bitwę na śnieżki, niektóre nawet robiły aniołki na śniegu. 
 Nagle obok jednej z ławek zobaczyłem małego Huskiego, który wesoło merdał ogonkiem. Od razu poznałem co to za pies. Na ławce siedziała osoba, którą też dosyć szybko rozpoznałem. Powoli podszedłem bliżej ławki. Stanąłem za nią i oparłem się o nią rękami.
- Hej - przywitałem się. Zdziwiona dziewczyna odwróciła głowę w moją stronę, ale po chwili się uśmiechnęła.
- Cześć.
- Mogę się przysiąść? - zapytałem, ale i tak nie czekając na odpowiedź usiadłem obok. 
- Tak. Co ty tak wcześnie na nogach, co? - zapytała unosząc brew do góry. 
- Głodny jestem - odpowiedziałem opierając łokcie na moich kolanach. 
- Biedny... Nie zrobili ci jedzenia?  - powiedziała sarkastycznie za co dostała ode mnie lekko w ramie. 
- Stwierdzili, że jestem duży i powinienem nauczyć się sam robić żarcie...
- W stu procentach się z nimi zgadzam - stwierdziła.
- Ta... Tylko jest mały kłopot... Nie ma mnie kto nauczyć gotować! 
- Ja cię mogę nauczyć - zaproponowała. Zrobiłem zdziwioną minę.
- Ty umiesz gotować? - zapytałem zdziwiony - Myślałem, że Angelica wam gotuje...
- Gotuje, ale często ma wolne, więc musiałyśmy się nauczyć zrobić coś do jedzenia. Jak każdy ma życie prywatne, a ostatnio coś się dzieje, więc... Zmuszona byłam nauczyć się gotować - wytłumaczyła. Uśmiechnąłem się chytrze.
- To możesz zostać moją nauczycielką - zaproponowałem. Uśmiechnęła się i też dostałem od niej w ramię.
- Idę do "Blue Sky" na śniadanie, idziesz? - zapytałem w końcu.
- Mogę iść, ale ja zamawiam tylko gorącą czekoladę - powiedziała wstając.
- Założę się, że jednak skusisz się na coś jeszcze - odparłem wstając za nią. Zaśmiała się cicho. 
 Nagle poczułem jak coś opiera się o moje nogi. Spojrzałem w dół i ujrzałem Blue na moich nogach. W końcu wcześniej powiedziałem Blue Sky to zareagował. Kucnąłem przy nim i pogłaskałem go na to on polizał mnie po twarzy. Zaśmialiśmy się i poszliśmy do kawiarni. Wybraliśmy miejsce przy oknie z ładnym widokiem. Husky ułożył się na stopach Elsy i przymrużył oczy. Podałem Elsie menu i sam zabrałem się do wybierania śniadania.
- Co podać? - nagle usłyszałem pytanie. Podniosłem wzrok na uroczą kelnerkę i uśmiechnąłem się miło.
- Poproszę Pancakes z czekoladową polewą i owocami - podałem zamówienie - A do picia kawa.
- Yhm... A pani? - zwróciła się do Elsy.
- Hmm... Skuszę się na croissanta z owocami, a do picia poproszę tą waszą gorącą czekoladę - zamówiła oddając menu.
- Ma pani słodziutkiego pieska - powiedziała zanim odeszła. Po jakiś 5 minutach przyniosła nasze zamówienia, a my zaczęliśmy smakować. Muszę przyznać, że naprawdę dobre mają tu jedzenie. Nagle usłyszałem dzwonek mojego telefonu. Wyjąłem go z kieszeni i zobaczyłem na ekranie zdjęcie Punzie.
- Kto zdzwoni? - zapytała Elsa przełykając croissanta. 
- Punzie - odparłem - Halo?
- No wreszcie ktoś odebrał... Hej Jack! Co robisz? - usłyszałem głos blondynki. 
- Jam śniadanie z Elsą, a co?
- O to dobrze! Nie potrafię się do niej dodzwonić... Mam pytanie, nie chcielibyście pojechać z nami na narty? - zapytała.
- Ja chętnie, ale nie wiem jak Elsa...
- Co ja? - zapytała zdziwiona. Podałem jej telefon.
- Hej! No... Yhm... Jasne! A kto jeszcze jedzie? - mówiła.
- Właśnie! Kto jedzie - usiadłem bliżej Elsy, a ona włączyła rozmowę na głośnik.
- No na pewno ja, Flynn, Merida, Violence, Maks i wy. Ma jeszcze pojechać parę osób ale jak słyszałeś nikt nie odbiera - powiedziała - Dobra, to tyle... PA! - pożegnała nas i rozłączyła się.
- Super! Pojedziemy na narty! - krzyknąłem szczęśliwy.
- Heh... Tak, tylko, że jest mały problem... - zaczęła trochę speszona.
- Jaki? - zdziwiłem się.
- Nie mam nart, a na nich samych jeździłam w wieku 8-12 lat...
- Z nartami nie ma problemu, pójdziemy kupić. Możemy nawet teraz, a z tym drugim... To nie wierzę żeby królowa śniegu nie potrafiła jeździć na nartach!
- No, ale nie potrafi - stwierdziła.
- Chodź - powiedziałem zostawiając pieniądze za jedzenie i trochę za napiwek. Zaprowadziliśmy Blue do domu i sami pojechaliśmy do sklepu. Jako, że ja wolę jeździć na desce (wcześniejsza gdzieś mi się zapodziała) to no... Kupiłem sobie deskę! Od góry były wszystkie odcienie niebieskiego, które łączyły się jakby w taką chmurę na czarnym tle, a od dołu była czacha też w niebieskich kolorach na czarnym tle. Elsa kupiła zwykłe niebiesko-białe narty. Najlepsze było jednak kupowanie ubrań i tego typu rzeczy i NIE! Wy małe zboczuszki nie podglądałem Elsy gdy się przebierała! Nie miałem nawet po co! Dobra, ale dlaczego było tak fajnie. Bo kupiliśmy superowe kurtki i Elsa wpadła na facia, który targał wózek z ciuchami i ona w sumie przez pół sklepu przejechała w tym wózku... I to było śmieszne! I nie, nic się jej nie stało, wtedy nie było by już tak fajnie...
 Jak skończyliśmy zakupy to odwiozłem Else do domu, a sam pojechałem do swojego. Jednak to co tam zobaczyłem to... Nigdy bym się tego nie spodziewał.
 Gdy dojechałem do domu odstawiłem auto do garażu i poszedłem do drzwi z zamiarem wejścia do domu, ale coś mi nie pasowało. Światło było zapalone w salonie. Rzeczywiście było już ciemno, ale raczej nie spodziewałem się ani wieczornych gości ani włamywacza. Przekręciłem klucz w zamku i wlazłem ostrożnie do środka, ale w holu nikogo nie było. Zamknąłem drzwi i ostrożnie udałem się do salonu. W wejściu do niego stanąłem jak wryty. Na kanapie siedziała z założoną nogą na nogę Madison. Miała pomalowane na czarno oczy, krwisto czerwone usta i bardzo wyzywający strój i mówiąc bardzo wyzywający strój miałem na myśli czarną sukienkę "miniówkę" z dużym dekoltem i wysokimi szpilkami. 
- Wreszcie jesteś... Myślałam, że już nigdy nie wrócisz - powiedziała uwodzącym głosem. Z jednej strony byłem zszokowany, a z drugiej bardzo wkurwiony. Jak ona wlazła do mojego domu. 
- Co ty tu robisz?! - warknąłem, ale ona tylko pokiwała głową.
- Oj, oj, oj... Nie ładnie tak na powitanie - stwierdziła powoli wstając.
- Nie obchodzi mnie to! Masz się stąd wynosić! - warknąłem jeszcze głośniej.
- Nie chcesz nawet wiedzieć po co tu przyszłam? - powiedziała spokojnie zbliżając się do mnie. Nic nie odpowiedziałem.
- Bo widzisz - zaczęła ściągając kurtkę ze mnie i wieszając ją na wieszaku - Jest taka mała sprawa... chodzi o mojego tatusia - szepnęła kładąc obie ręce na moim ramieniu.
- Nie obchodzi mnie co chce ode mnie dyrektor... - nie dokończyłem, bo przerwał mi jej śmiech.
- Dobre... Wiem, że wiesz. Chodzi mi o Mroka, a nie o tego starca - zaczęła ostrzej. 
- A czego on chce? - warknąłem strącając jej ręce z mojego ramienia. 
- Chce jej - wyjaśniła krótko i powoli udała się na górę. Poszedłem za nią, ale nie zdążyłem jej powstrzymać przed wejściem do mojego pokoju. Stanęła przy wejściu do balkonu i patrzyła się na mnie uwodząco. 
- Jej czyli kogo? - zapytałem podejrzliwie.
- Jej czyli tej głupiej dziewuchy Elsy. Chcę ją i go nie powstrzymasz - powiedziała surowo. Ja tylko wybuchłem śmiechem.
- Czego się ryjesz? - zapytała zła.
- Mrok jest w takim stanie, że pokonałbym go z zamkniętymi oczami - stwierdziłem. 
- Ale zbiera siły. Powoli..., ale zbiera - zaczęła - Znalazł źródło czarnej magii z, którego bierze moc - wytłumaczyła. Zrobiłem grymas na co ona się tylko uśmiechnęła. Po chwili zaczęła do mnie podchodzić, a ja zacząłem się cofać jednak na mojej drodze stanęła ściana. Uśmiechnęła się zawadiacko i stanęła blisko mnie. Jedną rękę położyła na moim torsie, a drugą na moim policzku i zbliżyła się do mojej twarzy niebezpiecznie blisko.
- Wiesz co... Muszę przyznać, że nawet trochę za tobą tęsknię... Niezłe ciacho z ciebie - przygryzła wargi - A za to jakbyś seksownie wyglądał gdybyś miał czarne włosy, a wiesz co mogło by ci je zapewnić? Gdybyś dołączył się do Mroka - powiedziała oblizując zmysłowo wargi i jedną nogą przyciskając mnie jeszcze bardziej do ściany. Tego było za wiele. Gdy zaczęła się jeszcze bardziej zbliżać do mojej twarzy złapałem jej nadgarstek i odciągnąłem od siebie. 
- Bardzo fajną miała pani propozycje, ale podziękuje - ścisnąłem jeszcze mocniej nadgarstek - A teraz prosiłbym cię o wyjście albo użyje mojej siły - zagroziłem. Ona tylko chytrze się uśmiechnęła i zamiast jej dłoni pojawił się czarny piach, w który sama się po chwili zamieniła znikając. Zrobiłem krok do przodu wyostrzając wzrok, ale nigdzie jej nie było. Nagle poczułem jak lecę do przodu i obijam się o podłogę. Poczułem też obcas na moich plecach i wcale nie było to za przyjemne. Zrobiłem też się nagle strasznie słaby. Otworzyłem oczy i ujrzałem ją tylko wy wersji pół przemiany. Miała krótsze, czarne jak smoła włosy i czerwone oczy. Usiadła na mnie w rozkroku i przytrzymała obie moje ręce. Przysunęła się blisko mojej twarzy.
- Niegrzeczne ciacho..., a mogło być tak miło - powiedziała przycisnęła swoje usta do moich. Próbowałem się wyrwać, ale im bardziej próbowałem tym mocniej przygryzała moje wargi. Wreszcie udało mi się zgromadzić moc, która odrzuciła ją na ścianę. Oparłem się na łokciach i patrzyłem jak stoi na balkonie.
- Wiem, że wolałbyś to zrobić z tą dziewuchą, ale cóż... Możesz już nie mieć okazji - syknęła i wysunęła swoje skrzydła - Pa Jackuś! - pożegnała się. Odleciała i zniknęła w mroku. 




 Uwaga... NIE! Jeszcze nie umarłam!!! Żyje!!! Wszyscy się cieszą... JEEE[...]EEJ!!!
 A dlaczego nie był rozdziałów ani jakiegokolwiek odzewu:
1. Szkoła
2. Brak czasu
3. Brak chęci, weny czyli ogółem
Po dłuższym czasie nie miałam jakiejkolwiek ochoty na napisanie rozdziału i nie mogłam się w żaden sposób przemóc. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie i będziecie się rozkoszować tym jakże krótkim rozdziałem. A raczej jak was znam to wkurzać, że Madison mogła... Dobra nie ważne. Dobra! Jeszcze raz przepraszam, ale należę do tej grupy DUŻYCH leni i zazwyczaj włącza mi się w głowie coś takiego:
I w ogóle chciałam wam podziękować za tak miłe przyjęcie tego one-shota. Tak miłe, że wylądował na samej górze popularnych postów i ma około 400 wyświetleń. WOW! Naprawdę was kocham! <3

A i jeszcze La ^^ Dziękuje bardzo Snow Moon za nominacje :* Nie chciałam robić osobnego posta, bo za dużo już jest tych LA xd (to chyba już 14 czy coś?)
PYTANIA!:


1. Ile czytasz blogów?
Dużo... :P

2.  Masz rodzeństwo? Brat czy siostra? Starsze czy młodsze? [Julia szuka chłopaka XD~Jack]
Starszego brata :/

3. Kiedy zaczęła się twoja "przygoda" z blogami?
(około) We wrześniu  2014 roku ^^ Już rok 

4. Jaki masz telefon? (Samsung, Nokia, LG)?
Sony :P

5. Masz snapa?
Nope i raczej nie będę miała

6. Jaką masz klawiaturę w tel?
Normalną?

7. Co byś robiła, gdybyś nie dostała nominacji?
Najprawdopodobniej by był krótszy post ;) Ale ogólnie bym żyła

8 Co byś robiła,, gdybyś nie założyła bloga?
Umierała bym w nieszczęściu, bo dajecie mi taką radość, że tego nie da się opisać! I miałabym na pewno więcej czasu ;) 
9. Znasz  stronę? Korzystasz z niej?
Nope

10. Znasz kogoś kto jest twoim "kolegą/koleżanką" a cię mega wkurza?
Mam duuuużo takich osób ;)

11. Masz takie coś, że jak masz włączony komputer i nieważne jaką kartę, to musisz mieć fb? Bo ja nie X'D
Nie... Zamiast Facebook'a jest Youtube XD


To chyba tyle, więc kocham i pozdrawiam Black Berry :***

środa, 30 września 2015

One-Shot "Zimna wojna"

  Uwaga!
 Nie wiem jak wyglądała II wojna światowa, więc proszę nie mówić, że coś nie mogło lub nie miało prawa się wydarzyć, bo ten one-shot jest tylko moim wyobrażeniem. Poza tym nie znam się na historii ;) A że to mój pierwszy one-shot to proszę o wyrozumiałość :3
 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


 Wojna... 
 Nazywam się Elsa Snow i aktualnie jest rok 1941, dzień 21 października. 3 lata temu byłam jeszcze normalną dziewczyną z bogatej rodziny. Miałam cudownego chłopaka, którego mam do dzisiaj. Wtedy miałam 16 lat. Życie było cudowne, a każdego dnia stawałam się coraz piękniejsza i szczęśliwsza. Miałam długie, gęste i bardzo jasne blond włosy, bladą cerę, niewidoczne piegi i wieczne różowe policzki. Jednak największym moim atutem według większości osób były moje oczy... Duże, turkusowe, wiecznie wesołe oczy. Byłam smukłą dziewczyną, która wiecznie chodziła w niebiesko-białych barwach. Miałam również siostrę, która miała rude, gęste włosy wiecznie zaplecione w dwa warkocze, zielone oczy i widoczne piegi. Moja trzynastoletnia siostra była wiecznie uśmiechniętą dziewczynką o głupich pomysłach. Rodziców mocno kochałam chociaż byli mało do nas podobni. I Jack... Ach Jack... Jest to najcudowniejsza osoba na świecie. Znamy się od szóstego roku życia, a od dwunastego jesteśmy razem. Może się wam to wydawać dziwne, ale naprawdę się zakochaliśmy się w sobie i już w takim wieku planowaliśmy ślub. Jack z urody też jest nietypowy. Jest wysoki, umięśniony i blady tak samo jak ja. Ma piękne niebieskie oczy i białe włosy. Tak... białe. Niektórzy uważają go za dziwaka, ale wiem jaki jest, a białe włosy dodają mu według mnie uroku. Jak mówiłam życie było cudowne..., ale wszystko się zmieniło. Mam 19 lat, moi rodzice nie żyją, siostra i Jack jeszcze tak. Moje włosy są całe z kurzu i błota zawiązane w koka, cera jest nie zdrowo blada, skóra zaniedbana i cała ubrudzona, a moje ciało zmieniło się w szkielet. Ubrana jestem w biały fartuch, białe balerinki i czapkę pielęgniarską z wyszytym czerwonym krzyżem. Ania wygląda podobnie tylko, że jej włosy dalej są zaplecione w dwa warkocze i ma 16 lat. Jack aktualnie nie wiem jak wygląda. Jedyne co wiem to, że ma na sobie mundur, hełm i ciężkie buty. Może jest już cały we krwi albo rozniesiony na strzępy... Nawet nie chce o tym myśleć. A wszystko przez wojnę...
  Znajduję się w starym szpitalu do, którego przyjmujemy rannych cywilów i żołnierzy. Jestem w sumie tylko pielęgniarką, ale udzielałam już parę razy pierwszej pomocy. Przelotnie widzę się z moją siostrą, a z Jackiem ostatnio w ogóle. Wyjeżdża na bitwę i wraca po paru dniach albo ranny albo lekko poturbowany. Nie widziałam się z nim już ponad tydzień i zaczynam myśleć o najgorszym. Siedzę na taborecie niedaleko holu i przeglądam stare zdjęcia popijając kawę. Mam trochę wolnego czasu, więc robię coś żeby się odprężyć. 
 Nagle słyszę krzyki z mojej prawej strony. Podnoszę wzrok i widzę biegnącą w moją stronę Ankę. Ma rozszerzone oczy i dziwny wyraz twarzy.
- Wrócili! - krzyczy - Chłopacy wrócili!
Wstaję i biegnę w jej stronę. Razem ruszamy w stronę holu. Do starego szpitala zaczynają zbierać się żołnierze. Na szczęście nikogo nie niosą, więc nikt nie został poważniej ranny. Wyliczam osoby, które wróciły. Niestety nie widzę jeszcze Jacka. Kątem oka widzę jak Roszpunka rzuca się na Flynna, a Astrid przytula Czkawkę. Obok mnie przeszła zmęczona i ledwo żywa Merida, ale w sensie zmęczona. Niegdyś miała burzę rudych, loków na głowie i nie chętnie noszone sukienki, a teraz włosy ma ścięte na jeża i ciężki mundur. Nagle widzę czuprynę białych włosów. Jack jest również bledszy niż zwykle, ma wory pod oczami i lekko zakrwawioną twarz. Dostrzegam, że na ramieniu ma przecięcie z, którego lekko krwawi. Cały jest z ziemi i pyłu. Gdy mnie zauważa robi wielkie oczy, a na jego twarz wskakuje uśmiech. Robię to samo i pędem biegnę w jego stronę. Zawieszam mu się na szyi, a on obejmuję mnie w talii.
- Wreszcie... Myślałam, że nigdy nie wrócisz - szepcze powstrzymując się od płaczu. 
- Ja? - śmieje się - Ja zawsze wracam i zawsze będę przy tobie - mówi. Zbliżam się do jego twarzy i zaczynam go czule całować. On odwzajemnia pocałunek. Jednak długo nie możemy się napawać tą cudowną chwilą. Muszę iść z nim i innymi żołnierzami na sprawdzenie stanu zdrowia. Gdy dotarliśmy do sali wszystkie dziewczyny zajęły się wojskowymi. Biorę na Jack na fotel i zaczęłam go sprawdzać. Zdjął mundur i siadł w samych spodniach.
- Czujesz gdzieś ból? - pytam sprawdzając jego plecy. Są lekko podrapane, ale nie ma większych urazów.
- Nie - odpowiada. Patrzę się na niego jeszcze raz i przypina mi się o jego ramieniu. Obchodzę go dookoła i przyklękam przy ranie. 
- A co ci się tu stało? - pytam oglądając ranę. 
- Spokojnie... Kula mnie tylko drasnęła - stwierdza. Wstaje i podchodzę do szafki po bandaż i wodę utlenioną. Ponownie klękam przy nim i zaczynam przemywać draśnięcie. Syczy z bólu. Gdy skończyłam wiąże to miejsce bandażem. Podchodzę po plastry i mokrą szmatkę z zamiarem przemycia jego twarzy i reszty ciała, ale on się sprzeciwia.
- Po co masz mnie myć skoro i tak zaraz wyjdę i znowu się ubrudzę...
- Żebyś nie miał żadnego zakażenia - próbuje go przekonać, ale on nie daje za wygraną.
- To nie ma sensu, a poza tym... - nie dokańcza, ponieważ daje mu buziaka w usta. Zawsze działa gdy nie chce czegoś zrobić.
- No dobra - daje za wygraną, a ja uśmiecham się. Zaczynam przemywać mu wszystkie zabrudzone części ciała, a na "drobne ranki" przyklejam plastry. Później go przytulam i razem z nim idę na obiad. Jemy bardzo małe porcje przydzielone idealnie żeby starczyło dla wszystkich. Po obiedzie Jack idzie na, krótki trening, a ja zajmuje się sprawami szpitalnymi. 
 Następnego dnia znowu wyruszają na misję. Wszystkie dziewczyny czule się żegnają, a w sumie nie jestem wyjątkiem. Długo jednak nie mogę tego robić, bo muszę wracać na salę. Tam przygotowuje dokumenty i sprzątam nie poukładane leki albo porozrzucane bandaże. Gdy znajduje chwilę wolnego idę do mojej kuzynki Roszpunki oraz siostry. Są tak samo wykończone jak ja. Wspominamy dawne czasy kiedy to bawiłyśmy się jako dzieci i bezkarnie biegałyśmy po polanach. Jak spędzałyśmy czas w naszym domku na drzewie i jak żartowałyśmy z chłopakami, którzy aktualnie są na polu bitwy. Uświadamiając sobie dlaczego tak właśnie jest walę w stół pięścią i powstrzymuje się od łez. Dziewczyny patrzą po sobie zdziwione.
- Co się stało Elso? - pyta kuzynka.
- Ktoś kto rozpoczął tę wojnę... zapłaci za to i to dużo...

 Biorę dokumenty i idę w stronę sali. Muszę porobić parę rzeczy, ale nie muszę się jakoś bardzo śpieszyć. Przeglądam po kolei każdą z kartek żeby się upewnić czy wszystko jest dobrze napisane. Idę prosto, ale później skręcam w lewo. Dalej patrząc się na dokumenty biorę kawę z biurka i ruszam dalej. Popijam kawę i sprawdzam czy na pewno każdy lek się zgadza. Po jakiś pięciu minutach, gdy chcę wziąć łyk kawy okazuje się, że kubek jest pusty, więc odkładam go na najbliższy stolik. Przechodzę teraz przez odcinek gdzie nie ma praktycznie nikogo i dochodzę do głównego holu. 
- Pomocy! - słyszę wołanie. Rozglądam się dookoła. Znam ten głos.
- Po-pomocy... - teraz woła bardziej ochrypłym. Odwracam się w stronę drzwi i widzę Jacka i Flynna noszących Czkawkę. Wszyscy są cali we krwi i brudzie, ale to nie wszystko. Czkawka ma jakby lekko urwaną nogę. Przerażona biegnę w ich stronę i oglądam ranę.
- Co się stało?! - krzyczę. Oglądam ranę, ale nawet nie muszę dokładnie żeby wiedzieć, że ma mało czasu.
- Wra-wracaliśmy z bitwy, ale okazało się, że jeszcze parę osób zostało i-i podłożyli bombę, a Czkawka był najbliżej i, i - tłumaczy zdyszany Jack, który też nie wygląda najlepiej. Szybko wstaję i kieruje się po nosze. Wołam przy okazji najbliższe osoby, które pomagają mi zanieść chłopaka na salę operacyjną. Kątem oka widzę przerażoną i całą zapłakaną Astrid. Nie wiem jak to się skończy, ale ma naprawdę mało szans na przeżycie. Osoby bardziej doświadczone idą dalej razem z brunetem na salę, ale ja zostaję przed drzwiami. Obok mnie cała zapłakana Astrid próbuje dostać się do środka, ale większość osób ją powstrzymuje. Odwracam się i szukam wzrokiem Jacka. Podchodzę do niego powoli, ale po chwili przyśpieszam widząc jak chłopak prawie pada na ziemie. Na szczęście Flynn podtrzymał. Tak samo jak brunet biorę białowłosego pod rękę i prowadzimy go na fotel.
- Co się stało? - pytam brązowookiego. 
- Dostał kulą w ramie... - oznajmia i pomaga przyjacielowi się napić wody.
- To... nic... takiego - twierdzi białowłosy zaciskając mocno powieki i chwytając się za ramię. 
- Jasne - stwierdzam i zdejmuje z niego marynarkę i wszystko co pod nią miał (spodnie zostały żeby nie było). Oglądam miejsce przez, które kula prawie wyleciała na wylot. Porównując do Czkawki to nic takiego, ale i tak Jackowi sprawia to ogromny ból. Odkażam ranę i powoli wyjmuję kulę. Białowłosy syczy z bólu, ale niestety muszę to zignorować. Nie ma innej opcji. 
 Gdy skończyłam wiązać rękę bandażem zauważyłam, że chłopak zasnął. Oddycham jednak z ulgą, bo wiem przynajmniej, że nic mu nie będzie. 
 Mija parę tygodni, a Czkawka i tak leży w łóżku. Potrzebna była amputacja, więc aktualnie nie ma łydki... znaczy połowy nogi. Od czasu do czasu jęczy z bólu, ale gdy od razu widzi swoją ukochaną uspokaja się. Jeśli chodzi o Jacka to ledwo udało mi się go utrzymać żeby wysiedział dwa tygodnie w szpitalu. Od razu gdy mu pozwoliłam poleciał na misję. Czasami nie wiem jak on może to wytrzymywać... na polu bitwy. 
 Jest początek grudnia, a chłopcy wrócili z wyprawy. Czkawka już oficjalne nie może brać udziału w bitwach. Z jego nogą na pewno nie..., a raczej z połową nogi. Białowłosy przed chwilą powiedział, że coś dla mnie naszykował, więc idę w miejsce umówionego spotkania. Po jakiś pięciu minutach zjawia się białowłosy cały w skowronkach.
- A co ty taki szczęśliwy? - pytam uśmiechając się razem z nim. Podchodzi do mnie chwyta mnie za ręce. 
- Elsa... Ja wiem, że... że teraz są takie i owakie czasy, ale... wiem, że mogę nie mieć później okazji, więc - klęka na jedno kolano - wyjdziesz za mnie? - pyta pokazując mi dość skromny pierścionek. Otwieram lekko usta ze zdziwienia. Kąciki moich ust lekko unoszą się do góry, powstrzymuję się od płaczu. Zasłaniam usta rękoma, ale po chwili rzucam się na Jacka.
- Tak! Tak, tak, tak, tak... - powtarzam cicho nie odrywając się od chłopaka. Czuje jak obejmuje mnie mocniej.

 Połowa stycznia. Większość dowiedziała się już o tym, że jestem zaręczona z Jackiem. Od tamtej pory chodzę uśmiechnięta.
 Siedzę niedaleko holu głównego razem z Astrid, Anną i Roszpunką. Wszystkie popijamy kawę. Nagle słyszę kroki i przy tym rozmowy.
- Nie będą z tego zadowolone - mówi jeden głos.
- Ale trzeba im powiedzieć - mówi drugi. Zza rogu wychodzi Jack, Flynn i Kristoff. 
- Możemy z każdą porozmawiać... tak na osobności - pyta Kris. Wszystkie wzruszamy ramionami i idziemy każda z osobna za swoimi chłopakami. 
- Elso... - zaczyna nieśmiało i trochę zestresowany Jack.
- Tak?
- No, bo... ee... Jest taka sprawa, że... my no... -jąka się.
- Spokojnie... - próbuje go uspokoić.
- Wyjeżdamynamiesiąc - mówi szybko.
- Ej! Powiedziałam spokojnie...
- Hm... - wzdycha - Wyjeżdżamy na miesiąc - tłumaczy.
- Co?! - pytam zszokowana. 
-Wiem, że to będzie dla ciebie trudne, ale dla mnie nie łatwiejsze. Wyjeżdżamy na miesiąc nawet szczerze nie wiem gdzie...
- Ale... przecież - zaczynam, a z moich oczu lecą powoli łzy.
- Obiecuję, że - mówi i całuje mnie w czoło - Że choćby nie wiem co zawsze będę przy tobie. Jak nie fizycznie to tu - wskazuje na moje serce.
- Kiedy wyjeżdżacie? - pytam.
- Jutro...
  
 O dziwo minął już miesiąc, a chłopcy dalej nie przyjeżdżają. Jedynie Astrid nie musi się bardziej martwić, bo ciągle jest przy Czkawce. Po chwili słyszymy kroki, a raczej dużo kroków. Do szpitala wbiega mała grupka chłopaków (i mniejsza dziewczyn). Wszyscy się na nich rzucają jednak coś zauważam. Wszyscy są jakoś dziwnie... smutni. Może wam się to wydać dziwne, bo chyba każdy po powrocie z takiej bitwy nie jest za szczęśliwy, ale oni są smutni inaczej. Zaczynam się niepokoić. Przeciskam się przez tłum, ale jak mnie widzą robią jakby przejście.
- Co się dzieje? - pytam poważnie zaniepokojona, ale nikt mi nie odpowiada. Za mną idzie Roszpunka, siostra i Astrid. Słyszę szepty za moimi plecami i jakieś stukoty, ale się nie odwracam i dalej idę do przodu. Nagle do budynku wpada Flynn, Maks, Kristoff i... Jack. Jedyna różnica pomiędzy nimi wszystkimi jest taka, że białowłosego niosą na rękach, a w jego ciele mogę dostrzec malutkie otwory. Robię duże oczy z, których zaczynają lecieć łzy, a moje ręce i nogi odmawiają posłuszeństwa.
- JACK! - wrzeszczę i podbiegam do chłopaków. 
- Jack... - biorę jego twarz w dłonie. Mam wrażenie, że czuję jego ostatnie oddechy.
- Elsa - szepcze wykończony. W jego oczach dostrzegam łzy. 
- Nie... Proszę nie - mówię coraz głośniej i nie panuje nad sobą. Po chwili już stoję pod drzwiami do sali operacyjnej, a raczej się do nich dobijam.
- Jack! Nie proszę... PROSZĘ! - wrzeszczę waląc drzwi. Nagle się otwierają, a jak głupia wpadam do środka i klękam przy Jacku. Nie ma na sobie żadnej koszulki przez co widzę liczne dziury po kulach w jego ciele. Zamiast płaczu jest wodospad, którego w żaden sposób nie mogę powstrzymać. Moje ręce drżą jak galareta, a nogi mam jak z waty. Chwytam rękę chłopaka i przybliżam się do jego warz.
- Proszę nie... Jack... Nie rób mi tego - próbuje coś z siebie wykrztusić. On resztkami sił dotyka jedną ręką mojego policzka i sili się na uśmiech.
- Pamiętaj... Zawsze będę przy tobie - to były jego ostatnie słowa. Po tych słowach rozległ się charakterystyczny pisk.
Umarł...

 Nie mogę się po tym pozbierać. Nie mogę uwierzyć, że to się stało. Nawet nie wiem jak. Codziennie przy dużym oknie w sali i myślę i płaczę... I tak w kółko.
 Nagle słyszę skrzypienie drzwi, ale się nie odwracam.
- Jak się czujesz? - pyta się Flynn. 
- A jak mam się czuć? - odpowiadam pytaniem.
- Słuchaj... Wiem, że jest źle... Ja straciłem przyjaciela. Ale... Chciałbym i zapewne on też chciałby żebyś wiedziała, że nie zginął na marne - mówi. Odwracam lekko głowę. Mam wrażenie, że się mnie lekko przestraszył. W sumie... Sama bym się siebie wystraszyła. Jeszcze bledsza (o ile to możliwe) niż zwykle, zapłakana, z czerwonymi, napuchniętymi oczami i wielkimi worami pod oczami. 
- Słucham - mówię zachrypniętym głosem.
- Gdy byliśmy w ostatnim budynku... Padły strzały, ale okazało się, że jeszcze ktoś tam siedzi. Większość wyprowadziliśmy, ale później Jack usłyszał jeszcze jakiś głos. Ruszył w stronę budynku, a po chwili biegł z jakąś małą dziewczynką. Dziewczynka się potknęła, a gdy Jack próbował jej pomóc... znaczy... Jak już jej pomógł to sam zauważył, że jest w polu widzenia. W tym momencie go postrzelili. Wzięliśmy go jak najszybciej z zamiarem przyprowadzenia go do was. Między czasie dziewczynka podziękowała mu i zapytała się jak ma na imię. Ale i tak... Zachował się jak bohater. Uratował i cały budynek i to jedne biedne dziecko... A już nie wspomnę, że jak do was szliśmy to ciągle powtarzał twoje imię... - mówi i kieruje się do drzwi. Po chwili słyszę trzask i znów jestem sama w pokoju. Chodź i tak mam wrażenie, że nie jestem całkowicie sama...


***

 Minęło parę lat. Chwila, parę? Minęło 30 lat. Jest rok 1972, 16 luty. Mam 49 lat i jest już po wojnie. Moje włosy są nadal długie i gęste, ale jakby jeszcze bielsze, oczy tak samo niebieskie, trochę mi się przytyło, więc już nie wyglądam jak szkielet, ale nie jestem też gruba. Ogólnie prawie w ogóle się nie zmieniłam oprócz paru zmarszczek na mojej twarzy i rękach. 
 Dzisiaj mija rocznica śmierci Jacka. 
 Jeśli chodzi o innych to Ania jest szczęśliwa z Kristofem i ma dwoje dzieci. Roszpunka wyszła za mąż z Julkiem i również mają dwójkę dzieci. Astrid i Czkawka również są szczęśliwi ze swoimi dziećmi chodź brunet nadal ma protezę. Wszyscy żyją szczęśliwie. A ja? Ja nie mam ani męża, ani dzieci. Zbyt kocham Jacka żeby teraz wiązać się z innymi facetem. Poza tym... nikogo tak bardzo już nie pokocham.
 Aktualnie klęczę przy grobie Jacka. Po chwili przychodzi brunetka z dwójką dzieci. Podchodzi do grobu i kładzie na nim znicz, a dzieci stoją w ciszy. Nagle przenosi wzrok na mnie.
- Nie jest pani zimno? - pyta. Rzeczywiście klęczę w puchu śniegu, ale o dziwo nie.
- Nie - odpowiadam. 
- Kim on był dla pani? - pyta nagle.
- Narzeczonym - odpowiadam, a po moim policzku spływa łza. 
- Przykro mi - odpowiada smutno.
- A dla pani? Kim on był?
- Uratował mi życie...
Przypomina mi się jak Flynn o tym mówił. To musi być ta mała dziewczynka. Po drugim policzku spływa kolejna łza.
- Do widzenia... Miłego dnia - mówi smutno i odchodzi - Emily! Tom!
Tylko jedno dziecko jej słucha. Mała dziewczynka podchodzi do mnie z chusteczką i ociera łzę z mojego policzka. Zdziwiona patrzę na małą dziewczynkę dużymi oczyma. 
- Mama mówiła, że był cudownym człowiekiem - sepleni - Czy to prawda? - pyta nieśmiało. 
- Tak - uśmiecham się smutno - To był najcudowniejszy człowiek jakiego w życiu poznałam...
- Też bym chciała mieć taką miłość... Wolałabym żeby mieć chłopaka bohatera, który umarł niż jakiegoś głupka, który żyje - twierdzi dziewczynka. Mimowolnie na moją twarz wyskakuje wielki uśmiech.
- Emily! - woła mama.
- Idę! - krzyczy dziewczynka - Miłego dnia pani... - nie dokańcza, bo nie wie jak mam na imię.
- Elsa.
- Miłego dnia pani Elso - mówi Emily i biegnie do mamy. Poprawiła mi stosunkowo humor. Znowu odwracam się do grobu i zaczynam cicho płakać.
- Dlaczego? Dlaczego to musiało się stać? Jack tak bardzo cię kocham, a nie mogę ci tego nawet powiedzieć w twarz - szepczę. Nagle na grobie pojawia się szron z, którego formuję się serduszko.
- Skąd wiesz? Pamiętaj Elso... Ja zawsze będę przy tobie - słyszę szept przy swoim uchu.



Koniec one-shota! Mam nadzieję, że emocje pozytywne ^^ To mój pierwszy, więc bądźcie wyrozumiali ;-; Ogólnie to jest on długi, a pomysł na niego w sumie wziął się z 5, 6 klasy gdy próbowałam się nauczyć historii. Teraz jakoś mi się przypomniała ta historia, więc ją napisałam :3 Mam do was jeszcze pytanie z innej beczki. Czy dodać członków zespołu Violence do strony "Bohaterowie"? Bo pojawiły się ostatnio te postacie i zastanawiam się czy nie chcielibyście się czegoś o nich dowiedzieć... A teraz coś dla tych, którzy w jakikolwiek sposób chociaż trochę interesują się Młodymi Tytanami, a widziałam, że parę osób zna tę bajkę, ale wiem, że też nie wszyscy, dlatego to można pominąć ;)
Ostatnio zobaczyłam z jednej strony "najsłodszą" osobę na świecie, a z drugiej strony moje dzieciństwo  legło w gruzach ;-; Otóż ostatnio szmerałam po Youtube oglądając filmiki Robina i Starfire i natknęłam się na ciekawy film... A tak serio to był to filmik z serii batmana gdzie był mały ROBIN! MAŁY ROBIN! No muszę przyznać, że był z niego słodziak :} A moje dzieciństwo legło w gruzach, bo tam był Robin bez maski ;-; Acha! A mówiąc mały Robin to on miał tam nie wiem... z 12 lat? Coś takiego... Ale i tak słodziak ^^ Jak ktoś ciekawy tego filmiku to macie linkI od tamtej pory oglądam bajkę z, której wywodził się ten filmik (w sumie tylko dla Robina, ale co tam XD) No to chyba tyle :)
Kocham i pozdrawiam Black Berry :***